Witam Cię miły gościu.

Zaglądasz do mnie, jakże mi miło.
Zostaw komentarz, swój link, żebym mogła Cię odwiedzić, jeśli mnie zaprosisz.

Jeśli przemkniesz bez śladu, może nie będę płakać ale będzie mi smutno.


Przeglądaj archiwum

Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 7 maja 2013

Oleńka - 14


Najpierw wszedł on, a potem dopiero my.  "Pan i władca pierwszy, a plebs za nim", tak mi się skojarzyło i w tym samym momencie uświadomiłam sobie, że nie muszę się go obawiać. Będę mówić to, co uznam za stosowne, nawet jeśliby się miał na mnie obrazić. Odezwała się we mnie przekorna duszyczka. Czasem  warto komuś się postawić, żeby nie pozwolić się wdeptać w ziemię. A czułam, że on miał jakiś ukryty zamiar. Nie myliłam się, ale to wyszło znacznie później...
W restauracji nie było dużo ludzi, zaledwie przy kilku stolikach. Lokal na pierwszy rzut sprawiał wrażenie eleganckiego, ale po bliższym obejrzeniu zauważyłam, że nie ma w nim nic z elegancji, jest po prostu przesadnie wystrojony. Kryształowy żyrandol, ciężkie kotary w oknach i masywne stoliki przytłaczały. Obsługa ubrana w czarne garnitury z błyszczącymi guzikami, onieśmielała. Na każdym kroku biła w oczy sztuczność i kicz. A do tego pan i władca przyjmujący hołdy od pracowników, co chwilę ściskając czyjąś służalczo wyciągniętą dłoń, rozśmieszył mnie. Oczywiście nie okazałam tego, tylko się duchu podśmiewałam. Zaprowadził nas do stolika dla Vipów w narożniku sali, z tapicerowanymi siedziskami, z lśniąco białym obrusem i świeżymi kwiatami w wazonie. Powinnam się czuć wyróżniona, siadając w takim miejscu, ale poczułam się nieswojo. Nie pasowałam do tego wystroju i nic mi się tu nie podobało. Matka Tomasza miała na sobie gustowną garsonkę, piękne bursztynowe korale, zadbaną fryzurę, a ja, dżinsy i skromny tiszert, a na nogach adidasy. Przypomniała mi się bajka o kopciuszku, bo tak się czułam. Pani Anna widocznie wyczuła moje zażenowanie, bo gdy tylko jej mąż poszedł na zaplecze restauracji pochyliła się do mnie, mówiąc:
- Oleńko, rozchmurz się, moja droga. Wiem, że jesteś spięta, martwisz się synkiem, swoim ubiorem, ale niepotrzebnie. Wszystko będzie dobrze, uwierz mi, a strojem się nie przejmuj, bo ciebie zdobi młodość i uroda. No, popatrz na mnie i uśmiechnij się – delikatnie ujęła moją rękę, chcąc w ten sposób dodać mi otuchy.
- Przepraszam – mruknęłam – postaram się, ale jestem bardzo zmęczona – dodałam, przywołując na twarz lekki uśmiech.
Mecenas w tym czasie zawzięcie studiował kartę dań. Po chwili wrócił gospodarz w towarzystwie dwóch kelnerów.
- No i co, wybraliście już coś? - zapytał, siadając za stołem. – Kelnerzy czekają.
Mecenas zamówił klasyczne danie; schaboszczaka z młodą kapustą i piwo.
Pani Anna spojrzała na mnie.
- Oleńko, co zamawiasz?
- N..nie wiem.. - zająknęłam się – nie mam ochoty na nic, najwyżej herbatę z cytryną – dukałam – to mi wystarczy...
- Ależ dziecko, musisz coś konkretnego zjeść – mecenas wszedł mi w słowo. - Bez obiadu cię nie wypuścimy stąd – zaśmiał się, spoglądając na Annę.
- Tak, tak, oczywiście – przytaknęła. - Pozwolisz, że ja zamówię dla ciebie?
Nie miałam wyjścia, musiałam się poddać. Anna zamówiła dla mnie i dla siebie zupę borowikową z grzankami i maleńkie sznycelki cielęce z pieczonymi ziemniaczkami i furę surówki warzywnej.
Obiad był wyśmienity, i mimo że początkowo nie miałam ochoty na jedzenie, spałaszowałam wszystko, co mi nałożyła Anna.
Po obiedzie podano kawę i lody w pucharkach. Muszę przyznać, że takich lodów w życiu nie jadłam. A w ogóle, co ja w życiu jadłam przy moim oszczędnym gospodarowaniu? Proste jedzenie, takie jak wszyscy. To samo było w domu rodziców, żadnych udziwnień, tylko na okrągło rosół, jakieś mięso, ziemniaki, kapusta albo ogórki ze słoika, a latem z ogrodu na surowo, bo matka nie była entuzjastką gotowania, nowych smaków, mimo że stać ją było na więcej, bo biedy u na nie było. Każdy grosz ściubiała do pończochy, tak ją wyśmiewał ojciec.
Kiedy kończyliśmy lody, nagle rozległ się sygnał komórki mecenasa.
- Co tam znowu? - skrzywił się, sięgając do kieszeni. - Zjeść porządnie człowiekowi nie dadzą – mruczał niezadowolony, zakładając okulary. Przeprosił i odszedł na bok. Kątem oka zerkałam w jego stronę i zauważyłam, że rozmowa nie należała do przyjemnych, bo nagle zmarszczył czoło, poczerwieniał i nerwowo chrząkał. Po skończonej rozmowie przeprosił nas, mówiąc, że musi nagle wyjść w bardzo pilnej sprawie. Nawet się nie pożegnał, tylko złapał aktówkę i wybiegł, co było do niego niepodobne, bo zazwyczaj dbał o etykietę.
- Rzeczywiście, musiało się coś poważnego wydarzyć - zauważyła pani to Anna - był bardzo wzburzony, prawda? - stwierdziła, pytając.
  • Och, to na pewno jakieś sprawy zawodowe, coś w sądzie nie poszło po jego myśli, tak to u adwokatów bywa – skwitował jej mąż.
Ta sytuacja trochę zwarzyła atmosferę. Mieliśmy rozmawiać o naszych sprawach, jak wcześniej proponował mecenas, ale bez niego nie bardzo nam to szło. W pewnym momencie pani Anna złożyła mi zaskakującą propozycję.
- Oleńko, mówmy sobie po imieniu, tak będzie nam łatwiej i milej. Jesteśmy prawie rodziną, więc nie ma sensu sobie paniować, zgoda? - mówiąc to uśmiechnęła się ciepło.
Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. „To niemożliwie”, przemknęło mi w myślach. „To nie wypada, żebym miała mówić kobiecie w wieku mojej matki po imieniu”. Chciałam zaprotestować, ale nie mogłam wydobyć głosu, co pani Anna uznała za aprobatę i podając mi rękę powiedziała:
- Anna jestem.
- Aleksandra – powiedziałam bezdźwięcznie – Ola będzie lepiej – dodałam już głośniej.
- Jak wszyscy to wszyscy i dziadek też – głośno zaśmiał się ojciec, podnosząc się z miejsca z wyciągniętą ręką.
- Mów mi Mikuś, a tak w ogóle, to Mikołaj jestem – przedstawił się, całując mnie w rękę.
Ten jego gest nas rozbawił.
- Masz u niego, Oleńko szczególne względy – powiedziała Anna – bo mało komu pozwala mówić do siebie Mikuś.
- Co w tym dziwnego? – odparował – Ola prawie jak synowa, więc może mi tak mówić.
Po tej prezentacji zrobiło się dość sympatycznie. I nawet przychylniej spojrzałam na ojca Tomka. Zbieraliśmy się do wyjścia, bo ja padałam już nóg, a Mikołaj miał jechać do hurtowni po jakieś maszyny do kuchni. Rozmowę przełożyliśmy na kiedy indziej.
Najlepiej w obecności mecenasa. Tak zdecydował Mikołaj. Mnie było wszystko jedno kiedy i z kim, byle bym tylko jak najszybciej znalazła się w domu. Wychodząc z lokalu, Anna poprosiła męża, aby mnie odwiózł do domu, ale on tylko pokręcił przecząco głową i wsiadł bez słowa do samochodu. Zostałyśmy same.
- Wybacz, Olu, tak mi przykro. Mikołaj jest uparty, nieustępliwy, ale to bardzo dobry i uczciwy człowiek – Anna próbowała załagodzić nietakt męża.
  • Nic się nie stało – uspokoiłam ją – drobnostka. Pójdę na skróty, mam blisko do domu.
Pożegnałyśmy się bardzo wylewnie. Anna została jeszcze w restauracji, a ja ospale powędrowałam w stronę domu. Po tak obfitym obiedzie spacer dobrze mi zrobił.
Kiedy znalazłam się w mieszkaniu ogarnęła mnie senność. Czułam potworne zmęczenie, ale też spokój, bo już nie musiałam zamartwiać się o szukanie specjalisty dla synka, rodzice Tomka przyjęli mnie dość życzliwie, matka okazała się bardzo miłą i serdeczną kobietą, a ojciec zyskał u mnie plusik. Wprawdzie niewielki, ale plusik.
Usiadłam przy stole i zaczęłam zapisywać rozkład dnia na jutro. Od pewnego czasu tak muszę robić, bo przy tylu zawirowaniach zawsze mi coś umyka z pamięci. Pisałam punkt po punkcie i aż się przeraziłam. Jedenaście punktów, co oznaczało jedenaście spraw do załatwienia, a niektóre z nich były „na wczoraj”. „Za dużo tego wszystkiego. Za dużo”, westchnęłam. Zamyśliłam się. W tak krótkim okresie czasu tyle się wydarzyło, tyle nowych spraw, emocji, problemów, że miałam wątpliwości czy sobie dam z tym radę. Przechodziłam twardą szkołę przetrwania. „Z jednej strony pozytywy, z drugiej negatywy”, stwierdziłam, patrząc na zapisaną kartkę.
Spokoju nie dawała mi sprawa rodziców. Musiałam coś zadziałać, ale kiedy i jak. Teraz najważniejszy był Tomeczek i Emilia. Matce nic już nie zagrażało, więc ta sprawa może poczekać, zdecydowałam, odhaczając punkt „Matka”. Jutro z samego rana kierunek szpital, Tomeczek i Emilia, a potem spotkanie ze specjalistą. Tek punkt był na pierwszym miejscu. Spotkanie z mecenasem i rodzicami Tomka, to było pewne, ale w tak zwanym międzyczasie może jeszcze coś wyskoczyć, poza tym muszę urządzić pokój dla synka, a to wymaga męskiej ręki, bo trzeba wynieść z pokoju dużą, ciężką szafę, przykręcić nowe półki, poskładać łóżeczko... No, tak, tylko kto mi w tym pomoże, myślałam gorączkowo. Ja nie mam zielonego pojęcia o wierceniu, wbijaniu gwoździ, a zanosi się na to, że bez tego się nie obejdzie. Znam kilku miłych kolegów ze studiów, z pracy, ale czy wypada mi prosić ich o pomoc, zastanawiałam się. Gdyby rodzice wiedzieli o dziecku, to ojciec chętnie by pomógł, bo ma narzędzia i wiele potrafi zrobić, a tak, to muszę sobie sama radzić. Wyszło jak wyszło, skonstatowałam i zaczęłam się szykować do spania. Wprawdzie do nocy jeszcze było daleko, ale na dzisiaj miałam już dość wrażeń.
Prosto spod prysznica, otulona kąpielowym szlafrokiem położyłam się do łóżka. Chyba od razu zasnęłam, bo obudziłam się raniutko w takiej samej pozycji. Po raz pierwszy przespałam noc bez koszmarów sennych, bez wiercenia się i wstałam wypoczęta jak nigdy. Sen jest dobrym odstresowaczem, przekonałam się o tym nie raz i nie dwa. Zawsze kiedy dopadały mnie chandry, jedynym lekarstwem był sen. Po przespanej nocy jakoś blakły wczorajsze problemy, traciły ciężar gatunkowy i łatwiej było podejmować decyzje. Miałam to już sprawdzone.
Poranek był piękny, słoneczny mimo późnej jesieni i chyba to dodało mi wigoru. Szybciutko zjadłam śniadanie, posprzątałam z grubsza mieszkanie i gdy się ubierałam do wyjścia, usłyszałam dzwonek przy drzwiach.
- O, kurcze, a to kto? - mruczałam, podchodząc do drzwi.
W drzwiach stał mecenas. Na jego twarzy nie było uśmiechu, jak zwykle, nie patrzył na mnie wprost, tylko gdzieś w bok, jakby chciał ukryć coś przed mną.
- O, jejku, stało się coś? - spytałam w drzwiach. - Proszę wejść – zmitygowałam się. - Pan jest chory? - pytałam zaniepokojona, nie uzyskawszy odpowiedzi na poprzednie pytanie.
Wszedł bez słowa, usiadł ciężko przy stole, powiódł wzrokiem po pokoju, zatrzymał oczy na fotelu Emilii i pochylając się, ukrył twarz w dłoniach. Nie wytrzymałam napięcia.
- Panie mecenasie, proszę powiedzieć, czy coś z Tomeczkiem czy Emilią, proszę – nalegałam rozpaczliwie. - Wiem że stało się jakieś nieszczęście, tylko na litość boską, co? Co?! Mówże pan do cholery!!!