Witam Cię miły gościu.

Zaglądasz do mnie, jakże mi miło.
Zostaw komentarz, swój link, żebym mogła Cię odwiedzić, jeśli mnie zaprosisz.

Jeśli przemkniesz bez śladu, może nie będę płakać ale będzie mi smutno.


Przeglądaj archiwum

Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 4 listopada 2012

Oleńka - 11

- O czym pani mówi? - zatrzymałam się z ręką na klamce. - Dlaczego mi pani współczuje, nie rozumiem? - pytałam, a pielęgniarka wzruszając ramionami odparła:
- Pani idzie do pacjentki Emilii, prawda?
Kiwnęłam potakująco głową i puściłam klamkę.
- Stało się coś z Emilią, jest gorzej? Proszę mówić – nalegałam, jednocześnie poczułam jak serce podchodzi mi do gardła.
- Nie, nic strasznego – pokręciła przecząco głową – tylko z jej umysłem jest coś nie tak, chyba ma urojenia... bo wie pani, ja znam panią Emilię, to dawna nauczycielka mojej starszej siostry i wiem, że nigdy nie miała dzieci, a od godziny wciąż mówi o wnuczce Oleńce i czeka na nią, a pani przecież nie jest jej wnuczką, pani się nią tylko opiekuje, a teraz będzie coraz gorzej, dlatego współczuję...
Na te słowa roześmiałam się. Pielęgniarka patrzyła na mnie oczami jak pięć złotych.
- Wystraszyła mnie pani, a to tylko zwykłe  pomieszanie zmysłów, też mi problem – powiedziałam żartobliwie, co jeszcze bardziej zdziwiło kobietę
Weszłam do Emilii roześmiana.
- Oleńko, kochana, tak czekam i czekam, dobrze, że już jesteś – witała mnie radośnie, wymawiając powolutku każde słowo.
Opowiedziałam jej o rozmowie z pielęgniarką i obydwie chichotałyśmy  z "pomieszania zmysłów".  

- Widzisz jak to niewiele trzeba, żeby zostać wariatem? - podsumowała Emilia. 
Po jej zachowaniu poznałam, że  odzyskuje siły i szybko wraca do zdrowia. Już nie była tak apatyczna, smutna jak pierwszego dnia. Prawie odzyskała zdolność mowy, wracała jej sprawność ręki, mimika twarzy ożywiła się, jednym słowem poprawa była widoczna. Podczas rozmowy starałam się nie wspominać o Beacie i tak kierować rozmową, aby Emilia nie miała okazji podjęcia tematu. Udało mi się. Podziękowałam jej za prezent - darowiznę, opowiedziałam o mamie i ojcu i o spotkaniu z rodzicami Tomasza. Emilia wysłuchała w skupieniu, a potem, patrząc mi w oczy spytała:
- Oleńko, znasz swoich rodziców, czy na pewno tylko ojciec jest winien tego co się stało? Pomyśl dobrze...   Bardzo ci współczuję, ale nie pochwalam powiadomienia policji, donoszenia na ojca, to nie uchodzi. Rodzina powinna sama sobie radzić z takimi sprawami. Porozmawiaj z rodzicami, z rodzeństwem, musicie sami to rozwikłać.
Zaskoczyła mnie pytaniem i resztą swojej wypowiedzi. Wcześniej byłam przejęta stanem mamy,  jej opowieścią o draństwie ojca, jej łzami i ani mi na myśl nie przyszło przypuszczenie, że ta sprawa może mieć drugie dno.
- Tak, muszę to przemyśleć – odparłam po chwili milczenia. - Powinnam spotkać się z ojcem i rodzeństwem... Ma pani rację, wina może być po obu stronach.
- Oleńko – Emilia, dotknęła mojej dłoni – skończ z tą panią, przecież jesteś moją wnuczką, prawda? 
I znowu się roześmiałyśmy.
- Dobrze, babciu – ucałowałam ją w policzek. -  Już będę pamiętać, ale proszę mnie zrozumieć, tyle lat mówiłam pani, to teraz jest mi trudno się przestawić. Obiecuję, że będę się starać.
- Oluś, nie odrzucaj rodziców Tomasza – Emilia, uniosła palec, jakby chciała mi pogrozić – to zacni ludzie, wiem, bo mecenas mi mówił, a twój synek zasługuje na dobrych dziadków... Obiecaj mi, że porozmawiasz z nimi i zgodzisz się na badanie genetyczne.
Ten uniesiony palec, zmarszczone brwi i ton głosu  od razu przypomniały mi moją nauczycielkę ze szkoły średniej. Uśmiechnęłam się, z  rozczuleniem patrząc na Emilię. Pomyślałam, że chyba wszystkie nauczycielki mają podobne gesty i miny, gdy chcą kogoś strofować, przekonać, nakłonić do podjęcia ważnej decyzji. To cecha zawodowa, tak mi się wydawało.
- Już prawie jestem zdecydowana – powiedziałam, głaszcząc jej rękę. - Jutro odbiorę Tomeczka, a potem zadzwonię do tego twojego mecenasa i poproszę o ponowne spotkanie. Może tak być, babciu?
- To mi się podoba, wnuczko –  wymówiła półszeptem. - A teraz już zmykaj, bo masz dużo roboty. Moje dziecko, tak mi cię żal, powinnam być z tobą, pomagać ci, cieszyć się... - na chwilę zawiesiła głos, jakby starała się coś przypomnieć. -  No tak - ożywiła się. - Powinnam cieszyć się moim prawnukiem. 
- No właśnie - przytaknęłam ochoczo. - Zdrowiej szybko, bo jesteś nam naprawdę potrzebna. A teraz już idę, bo czas ucieka, a ty też jesteś zmęczona rozmową, tak dużo mówiłaś i wiesz, coraz lepiej ci to wychodzi. Nie mogę się już doczekać kiedy będziemy we trojkę razem w domu i usiądziemy sobie...
Nie dokończyłam zdania, bo do sali weszła pielęgniarka z lekami.
Poderwałam się do wyjścia i żegnając Emilię słowami:
- Do zobaczenia, babciu, wpadnę jutro – wprawiłam pielęgniarkę w stupor. Stała z rozdziawionymi ustami, spoglądając to na mnie, to na Emilię.
- O jej, to, to, to pani... pani jest naprawdę wnuczką? - dukała jak Piekarski na mękach, a my po raz trzeci parsknęłyśmy śmiechem.
Zostawiłam oniemiałą pielęgniarkę i pobiegłam do mojego synka.  Miałam w planie potem podejść do matki, bo podjęłam decyzję, żeby powiedzieć jej o dziecku. Nie mogłam dłużej oszukiwać matki. Pomyślałam, że to dobra okazja, bo matka w szpitalu, przy ludziach nie zrobi mi awantury. Chociaż znając moją matkę wszystkiego mogłam się spodziewać. Może się ucieszy, myślałam naiwnie.  Moja matka ma bardzo labilne usposobienie. Nastroje zmienne jak wiosenna pogoda. Pamiętam, że  gdy mieszkałam w domu, to nigdy nie było wiadomo jak postąpi. Czasem zbroiłam coś co zasługiwało na karę, a ona puszczała to płazem, a kiedy indziej dostawałam  burę albo mocnego kuksańca za drobnostkę. Natomiast ojciec był bardzo konkretny, jak to mężczyzna. Jeśli wyciągał pas, to wiadomo było, że "uczciwie" na to zasłużyłam. Bzdurnymi przewinieniami się nie zajmował. Matka nigdy nie przeprosiła za niesłuszną karę, a ojciec czasem podszedł jak mu minęła złość i pogłaskał po głowie lub uszczypnął lekko  w policzek, co miało znaczyć, że mu przykro. 

    
Moje dzieciątko spało w najlepsze. Myślałam, że go nakarmię, a tu nic z tego. Musiałam z pomocą pielęgniarki ściągnąć pokarm do pojemniczka, co nie było przyjemne. Piersi miałam nabrzmiałe, a siostra dość mocno masowała, żeby jak najwięcej odciągnąć.  Trochę zabolało. 

Kiedy skończyłyśmy poprosiła mnie na rozmowę dyżurna lekarka. Pierwszy raz ją widziałam. Nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Nie przywitała się, nie przedstawiła, tylko od razu kazała przyjść do gabinetu. 
- Muszę panią zmartwić – zaczęła, gdy tylko przekroczyłam próg.  – Synek pozostanie  jeszcze w szpitalu. Kilka dni, góra tydzień – dodała, wyjmując w tym czasie z szafki kartotekę Tomeczka.
Siedziałam jak na jeżu, bojąc się zapytać dlaczego.
- O, już mam – mówiła do siebie – to są wyniki – podsunęła mi pod nos kartkę zadrukowaną jakimiś symbolami, cyferkami, których nie mogłam rozszyfrować.
- Co jest synkowi? - zapytałam zduszonym głosem. Proszę mi to objaśnić, przecież ja nie jestem lekarzem i nie znam się na tym.
- No, tak, tak, ma pani rację, już mówię – pochyliła się nad kartą, wyjaśniając mi znaczenie kolejnych wartości. Po omówieniu  wyników, postawiła diagnozę, która mnie przeraziła, chociaż według niej, to nic poważnego:
- Dziecko ma anemię, szmery w serduszku i zarzuca pokarm, ale to jest do opanowania... proszę być dobrej myśli... poradzimy sobie z tym, to częsta przypadłość noworodków... - mówiła jak wyuczoną regułkę, patrząc  na czubki swoich modnych bucików

Poczułam się jak przedmiot, jak intruz. 
- No, głowa do góry, proszę przyjść jutro do ordynatora, to się pani  dowie szczegółów - dorzuciła  łaskawie, wstając od biurka. 
- Jak mam być dobrej myśli, skoro tyle nieprawidłowości u synka, pani chyba nie wie co mówi?! – Podniosłam głos. - Chcę rozmawiać z ordynatorem, nie jutro. Natychmiast! - Krzyknęłam i nie zważając na jej dalsze słowa wybiegłam z dyżurki, pędząc do gabinetu ordynatora.
Niestety,  gabinet był zamknięty. Pielęgniarka poinformowała mnie, że wyszedł wcześniej, a jutro też go nie będzie, bo jedzie na naradę. Wybiegłam z oddziału. Musiałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Usiadłam pod ścianą na murku i rozpłakałam się. 
„"Co robić, gdzie szukać pomocy, u kogo?” zadawałam sobie rozpaczliwe pytania. Poirytowała mnie ta młoda lekarka. Co za beztroska, co za lekceważenie poważnego problemu? Jak ona mogła tak lekko potraktować  dolegliwości synka i mnie jako matkę? To mi się nie mieściło w głowie. Im dłużej rozmyślałam, tym nabierałam większej pewności, że powinnam szukać pomocy u dobrego specjalisty. Czułam, że w tym szpitalu moje dziecko nie będzie prawidłowo leczone. „Boże, on taki maleńki, delikatny i już ma chore serduszko”, łkałam, zasłaniając usta dłonią, żeby nie krzyczeć. Nie miałam nawet z kim o tym porozmawiać, wyżalić się. Matka przecież nic nie wiedziała o moim dziecku, a nawet gdyby wiedziała, to nie wiem czy to była najwłaściwsza osoba do takiej rozmowy. Do Emilii nie mogłam pójść, ona powinna mieć spokój. Musiałam sama sobie poradzić ze wszystkim.
–- Beatko, gdybyś tu była... - westchnęłam z żalem, wspominając przyjaciółkę.
To prawda, gdyby była Beata wszystko wyglądałoby inaczej. Jej nie ma, a mnie już brakuje sił. Co się trochę poprawi, to za chwilę jest jeszcze gorzej. „Dokąd będzie trwała ta huśtawka, dlaczego Bóg tak ciężko mnie doświadcza?”, zastanawiałam się. „ A może nie ma Boga?”. Zaczęłam nagle  wątpić. „Gdyby był naprawdę, to przecież nie karałby mnie, bo za co? Nikomu niczego złego nie zrobiłam, nikogo nie skrzywdziłam, nie okradłam, nie znieważyłam. Nie łajdaczę się, nie piję, nie palę, nie ćpam, uczciwie pracuję, szanuję ludzi, pomagam każdemu jak umiem i co mam z tego?  Jeden cios za drugim. Czy tak Bóg nagradza za dobro? Urodziłam dziecko, a mogłam nie urodzić, tak robi wiele młodych kobiet i jakoś im się w życiu wiedzie, a ja mam wciąż pod górkę, żeby tylko pod górkę. Ja mam wciąż pod górę. I ta góra coraz wyższa.  I po co mi taki Bóg?”.


c d....

14 komentarzy:

  1. No i znowu nie udało mi się przewidzieć dalszego ciągu...I jak ja mam wygrać w totolotka? ;))))

    Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tym razem czytałam od początku do końca azalia i wciągnęłaś mnie w ta opowieść bo przypomniało mi to pobyt w szpitalu z moim starszym synem. Podobnie się czułam jak tu u ciebie ta młoda matka po tej rozmowie z lekarka. tez się tak ze mna bawili w ciuciubabkę i dopiero jak po tym ciśnienie mi tak podskoczyło że musieli interweniować to ze mną rozmawiali i tłumaczyli po ludzku. Mój synek urodził się z ciężką dystrofią i tez miał szmery na serduszku. Pozdrawiam milusio-;))

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam , czekam na dalszy ciąg.
    Świetnie piszesz.
    Czasami się zastanawiam , po co nam zagraniczne harlekiny
    skoro Polacy potrafią pisać o wiele lepiej...

    OdpowiedzUsuń
  4. Och jak dobrze, bo już myślałam, że coś złego stanie się z Emilią...
    Azalio, zawsze zakończenie odcinka jest takie emocjonujące.
    Denerwując się czekamy na kolejny odcinek...
    Ja powiem prawdę. Już nie mogę doczekać się 12 odcinka...
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Azalio dziękuję za pamięć. :))) Z oczami u mnie bez zmian i całe szczęście, że na razie nie jest gorzej. Dla mnie i to samo mówi moja pani doktor, najważniejsze jest aby mieć w miarę dobre samopoczucie psychiczne, aby się nie dołować.
    Bloga chyba nie będę już pisać, ale z czytania nie zrezygnuję. Prawie codziennie wchodzę do Ciebie i czytam Twoje świetne teksty, Twoje opowiadania. Twój nowy blog też mi się bardzo podoba. :)))
    Jeszcze raz dziękuję Azalio, pozdrawiam Cię miło i wszystkiego dobrego życzę. :))))
    Rozyna

    OdpowiedzUsuń
  6. Oleńka ma tak,jak każdy z nas...jak cos się nam udaje,to z drugiej strony kopniaka dostajemy...;P...troszke rozżaliła się nad sobą,ale myśle,że...juz nic złego ja nie czeka...Dawkujesz napięcie Azalio..ciągle cos się dzieje,z ciekawościa czytam.
    Pozdrówki;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kończę dzień zdenerwowana, że znowu nic nie wiem jak się ułoży bohaterce? Co będzie z dzidziusiem? Jak pani Emilia poradzi sobie z chorobą? Jak się ułożą stosunki z teściami? Tyle jeszcze pytań!

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam i czekam na c.d. Kończysz tak odcinki w takim miejscu jak w filmie przed reklamą.
    Pozdrawiam , ale u mnie leje .Ja mam w pracy nad głową zamiast sufitu szklany dach.Okropa. :((((((

    OdpowiedzUsuń
  9. Zapomniałam się przedstawić - Jagoda

    OdpowiedzUsuń
  10. Witaj Azalio! W takich chwilach zawsze zadajemy sobie , dlaczego my, dlaczego nas to spotkało? Mam nadzieję, że mały wyzdrowieje.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak to w życiu.. i na wozie i pod wozem.

    OdpowiedzUsuń
  12. znowu nam namieszałaś a już wychodziliśmy na prostą a tu łup... Azalio trochę optymizmu!
    j

    OdpowiedzUsuń
  13. Grażuś, jeszcze do tematu się nie odniosę, bo muszę przeczytać wszystko! Zajmie mi to kilka ...nocy:))) Mam co nadrabiać:))) Buziaki!!!!

    OdpowiedzUsuń
  14. Przeczytałam jednym tchem.Jstes dobra w tym twoim pisaniu.Oparcie pewnie będzie ze strony rodziców Tomka.Serdecznosci dla ciebie!

    OdpowiedzUsuń