Witam Cię miły gościu.

Zaglądasz do mnie, jakże mi miło.
Zostaw komentarz, swój link, żebym mogła Cię odwiedzić, jeśli mnie zaprosisz.

Jeśli przemkniesz bez śladu, może nie będę płakać ale będzie mi smutno.


Przeglądaj archiwum

Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 16 września 2010

Stara miłość nie rdzewieje ??? ( 31 )

Usnęłam prawie natychmiast. Byłam już spokojna, zadowolona, bo miałam swojego Kubę. Silne leki przeciwbólowe też zrobiły swoje. Następnego dnia Kuba przechodził samego siebie, żeby mi we wszystkim pomagać, dogadzać. Poszedł do sklepu, ugotował obiad, wprawdzie prosty ale jadalny i to bez mojej pomocy.
Z każdym dniem czułam się lepiej ale w dalszym ciągu nie okazywałam tego. Mogłam wylegiwać się, marudzić, mieć zachcianki, a on zwijał się, żeby wszystkiemu sprostać. Czułam się dopieszczana, adorowana, tak jak o tym marzyłam. Szkoda tylko, że okazja do tego nadarzyła się w tak przykrych dla mnie okolicznościach. Pomyślałam, że każda sytuacja jest dobra, żeby sprawdzić drugiego człowieka. Nawet kosztem własnego cierpienia i ograniczeń jakie musiałam zaakceptować. Za parę dni przyjechał brat, odstawiając mój samochód. Widziałam, że jest zaskoczony postępami Kuby, kiedy ten podał nam obiad i to z dwóch dań. - No szwagier - klepnął go w plecy, jak to tylko mężczyźni mają w zwyczaju - zaimponowałeś mi. Taki obiad...no, no...Powiedz jeszcze, że upiekłeś ciasto - wskazał na tacę z apetycznym sernikiem. - Nie, co to to nie - mruknął Kuba. - Kupiłem w sklepie ale jak bym się sprężył, to może też bym dał radę. Grazia mnie ciągle doucza, więc i na placek przyjdzie pora. Nie wiem co ma jeszcze w programie dla mnie - uśmiechnął się po wąsem. Widziałam, że pochwała brata połechtała jego męską ambicję. Po obiedzie przyjechał po brata kolega, żeby go zabrać do domu. - Jutro jadę po mamę - przy pożegnaniu oznajmił Mirek. - Na razie operacji nie będzie, bo wdała się w oko infekcja i najpierw trzeba wyleczyć stan zapalny, a dopiero jak wymazy będą negatywne to będą operować.
- Kurczę - zmartwiłam się. - Pewnie mama jest załamana. Tak się cieszyła, że po operacji poprawi jej się widzenie, a tu taki pasztet. - No trudno, jak pech to pech - skwitował brat. - Zabieram mamę do siebie, a ty się kuruj, bo ona czeka na ciebie. Acha - dodał. - Powiedziałem jej o twoim wypadku ale tak wiesz, oględnie. Nie wygadaj się jak będziesz rozmawiać z nią, bo nie chcę żeby się zamartwiała.
- Jak mam rozmawiać, skoro ta pani z komórką, która leżała obok mamy już wyszła - odparłam. - Wczoraj dzwoniłam i ona już jest w domu, a pielęgniarki z oddziału nie chciały poprosić mamę do telefonu. Wredne małpy, nie chcą zrozumieć, że człowiek w szpitalu potrzebuje kontaktu z rodziną. - Nie marudź i nie zamęczaj za bardzo Kuby, bo ty wyzdrowiejesz, a on padnie przy tobie - zaśmiał się żegnając się z nami. - No, na mnie już czas. Trzymajcie się. Jutro wieczorem zadzwonię, to sobie pogadasz z mamą.
Zaraz po wyjeździe Mirka, Kuba pojechał do centrum, do delikatesów, po jakieś większe zakupy i do sklepu z artykułami metalowymi po gwoździe, śrubki i inne pierdoły. Zanosiło się na jego dłuższą nieobecność. Gdy tylko ucichł warkot samochodu, wstałam i poszłam do kuchni spenetrować lodówkę. Poprzedniego dnia widziałam, że zamrażalnik obrósł lodem i drzwiczki z trudem się domykały. Już dawno miałam w planie wymianę lodówki ale wciąż mi coś przeszkadzało. Obejrzałam wnętrze i doszłam do wniosku, że odmrażanie zajmie dużo czasu więc po swojemu, wypróbowaną metodą, postanowiłam pozbyć się trochę lodu z zamrażalnika. Jedną rękę miałam sprawną więc bez zastanawiania się wzięłam duży nóż i zaczęłam dłubać. Udało mi się oczyścić brzegi przy drzwiczkach, tak, że już bez oporów domykały się. Mogłam poprzestać na tym ale nie byłabym sobą gdybym nie spróbowała drążyć dalej. Miałam w tym wprawę.
Spieszyłam się, bo chciałam zdążyć przed powrotem Kuby. Dziabnęłam raz, odłupałam kawałek lodu. Dziabnęłam z całej siły drugi raz i z komory zamrażalnika z głośnym sykiem, prosto w moją twarz poleciała "fontanna" gazu. Wystraszyłam się i na chwilę straciłam orientację. Nie wiedziałam co się stało i co mam robić. Nie zważając na ból nogi, wybiegłam przed dom. W oczach miałam mgłę i z trudem łapałam powietrze. Natychmiast w głowie włączył się alarm. To jest gaz, więc mogę się zatruć. Wraz z tą myślą, zaczęło robić mi się słabo.
Wpadłam w popłoch. Oddychałam jak tylko mogłam najmocniej, żeby się przewentylować. Po paru minutach mgła z oczu ustąpiła i poczułam się lepiej.
Wróciłam do pokoju, do telefonu. Wybrałam numer izby przyjęć w szpitalu i opowiedziałam lekarzowi co mi się przytrafiło. Niewiele mógł mi poradzić, bo nie wiedział jaki to gaz. Ja też nie wiedziałam. Kazał mi zrobić sobie gorącej herbaty, napić sie i czekać. Jakby coś się niepokojącego działo mam dzwonić na pogotowie.
Wcale mnie nie uspokoił. Wiedziałam, że mam w szufladzie karty informacyjne od wszystkich urządzeń w domu. Powinna być jakaś informacja o gazie stosowanym do lodówek. Znalazłam kartę od lodówki i przeczytałam, że freon nie jest szkodliwy dla zdrowia człowieka, pod warunkiem, że nie działa długo i w dużym stężeniu. Uspokoiłam się. Jedno miałam z głowy ale nie miałam sprawnej lodówki i czekała mnie jeszcze przeprawa z Kubą. Było mi trochę głupio i wstyd, że tak się popisałam. Kuba należał do ludzi, którzy nie uznawali bezmyślnego i ryzykownego działania, i nie uznawał żadnych tłumaczeń. Zawsze był nadmiernie ostrożny i bojaźliwy.
Zanim Kuba przyjechał, zadzwoniłam do znajomego, który miał serwis sprzętu agd. Myślałam, że można jakoś naprawić komorę zamrażalnika i napełnić ją gazem. Niestety, zostałam wyprowadzona z błędu. Mało, że tego się nie naprawia tylko wymienia całą komorę, to koszt jest zbyt wysoki zważywszy na wiek lodówki i już istniejące usterki. Pozostało mi tylko kupić nową. I w ten oto sposób sama przyśpieszyłam to co powinnam już zrobić dawno.
Zmartwiłam się, bo nie mogłam w takim stanie pojechać do miasta, a u nas nie było sklepu ze sprzętem gospodarstwa domowego. Lodówka była potrzebna natychmiast, bo w przeciwnym razie zniszczy się zapas mięsa i zamrożonych grzybów.
Jak przewidywałam, Kuba gdy zobaczył co zrobiłam, dostał napadu wściekłości.
Już nie zważał na moje obrażenia i poczucie winy tylko nadawał jak zacięta płyta.
- Po co to robiłaś, co za pomysły nożem dłubać, mogłaś poczekać na mnie, do czego ci się tak spieszyło, jesteś niby taka chora, a miałaś siłę rozwalić zamrażalnik, taki koszt, dziecko ma więcej rozumu itp...itd.
Musiałam się co chwilę gryźć w język, żeby nie wybuchnąć. Pozwoliłam mu gadać do woli i kiedy już trochę się rozładował, spokojnie zapytałam - Kochanie, co teraz radzisz robić?
Popatrzył na mnie jakbym się urwała z choinki. - No jak to co - naburmuszył się. - Trzeba zawieźć lodówkę do naprawy, chyba potrafią to naprawić.
- Nie potrafią, bo już dzwoniłam - mówiłam najspokojniej jak tylko potrafiłam, chociaż we mnie się gotowało. - Trzeba kupić nową lodówkę. Zobacz, zamrażalnik jest pełny - otworzyłam drzwiczki. - Widzę, że ty też kupiłeś jakieś mięso i wędlinę. Kubuś, nie ma na co czekać tylko zbieraj się i jedź po lodówkę do miasta.
- Ja! - krzyknął. - Teraz, tak od razu, przecież nie znam miasta i nie mam pojęcia gdzie są takie sklepy. Ja się nie znam na lodówkach. Nie możesz zanieść mięsa do sąsiadów?!
- Chyba żartujesz - podniosłam głos. - a cóż to za filozofia jechać do miasta, wejść do sklepu i kupić lodówkę. Wszystko ci wytłumaczę, nawet zaraz zadzwonię, uzgodnię markę i cenę, a ty tylko zajedziesz i zapłacisz. Tylko tyle od ciebie chcę. To tak dużo?! - krzyknęłam.
- Nie pojadę, ja nie mam głowy do takich zakupów - oznajmił drewnianym. głosem. Usiadł, założył nogę na nogę i spokojnie zapalił papierosa.
Mnie zatkało. Normalnie mnie zatkało. Cóż on sobie wyobraża, myślałam coraz bardziej zdenerwowana. Dochodziła szesnasta, za cztery godziny zamkną market, a nie wiadomo czy będą mieli od razu transport.
- Dobrze - warknęłam. - Nie chcesz to nie jedź, łaski bez ale masz u mnie krechę jak stąd do Lublina, zapamiętaj to sobie. Jak potrzeba męskiej pomocy to ty wymiękasz, nie spodziewałam się, że jesteś taki...taki....- machnęłam ręką i weszłam do pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Usiadłam na tapczanie, zaciągnęłam się papierosem i próbowałam zrozumieć dlaczego on nie chce jechać. Nic mi nie przychodziło do głowy. W domu wszystko robi, a teraz nagle skrewił i to w tak prostej sprawie.
Nie mogłam dłużej czekać, bo czas naglił. Znalazłam w książce telefonicznej numer do pawilonu agd i bardzo prosto i szybko dogadałam się z kierownikiem stoiska.
Wybrałam lodówkę dużą, energooszczędną, z automatycznym odmrażaniem i nawet niedrogą, bo podobno w promocji. Podałam namiary i miałam obiecane, że do godziny dwudziestej będę ją miała w domu, a starą zabiorą, bo takie są przepisy.
Ufff..odetchnęłam. Już po kłopocie. Ale nie, nie po kłopocie, bo sobie przypomniałam, że nie mam w domu tyle gotówki. Musiałam więc udać się do Kuby po prośbie. Jeśli ma taką kwotę przy sobie to w porządku ale jeśli nie, to następny problem, bo trzeba jechać do bankomatu.
Czułam się nieswojo, bo przed chwilą go obsztorcowałam i na pewno jest obrażony, a teraz muszę prosić o pomoc. Trudno, nie miałam wyjścia. Weszłam do kuchni i grzeczniutko jakby nigdy nic opowiedziałam co załatwiłam i zapytałam o pieniądze. Myślałam, że padnie z zachwytu nad moją operatywnością, a on się skrzywił i był bardzo ale to bardzo oburzony, jak ja mogę kupować takie ważne urządzenie jak lodówka, w ciemno. Był zdania, że powinno się obejrzeć dokładnie, posprawdzać wszystko, wybrać, a nie na telefon i to za takie pieniądze, bo jak podałam mu cenę to się aż za głowę złapał. - Mogłeś jechać to nie byłoby problemu. Sam dokonałbyś wyboru, a tak to muszę zdać się na obcych ludzi, widzisz jak to jest? - dogryzłam mu.
- Teraz to już musztarda po obiedzie - zakończyłam jałową dyskusję. - Masz tę kasę czy nie?
- Nie mam tyle gotówki - padła odpowiedź. - Może razem, do kupy uzbiera się.
Przeliczyliśmy nasze zasoby ale trochę brakowało.
- Musisz jechać do bankomatu - stwierdziłam i poszłam po kartę. - Kuba stał nieruchomo jakby wrósł w ziemię. - No co znowu - podeszłam bliżej. - Tu masz kartę i jedź. Bankomat jest na bocznej ścianie delikatesów. - Na kartce zapisałam PIN i podając mu, lekko go popchnęłam. - No już spiesz się. On wziął kartę do ręki i stał dalej, przyglądając się karcie. - Grażyna ale....ale ja nigdy nie używałem takiego czegoś - wyznał zakłopotany. - Ja coś spieprzę - dodał niemal płaczliwym tonem.
- O nieba, Kuba, bo mnie zaraz szlag trafi - puściły mi hamulce. - Jak ty się nie wstydzisz mówić takich rzeczy. To już dwudziesty pierwszy wiek, a ty dalej w średniowieczu! Litości, kiedy wreszcie się czegoś nauczysz.
- Siadaj i bierz kartkę - rozkazałam, bo już traciłam cierpliwość. - Pisz po kolei co masz robić. Kuba zapisywał, a ja dyktowałam punkt po punkcie całą operację.
Jeszcze ze dwa razy mu powtórzyłam i wreszcie pojechał. Poczułam się zmęczona jakbym odbębniła jakieś ciężkie zadanie. Widziałam różnych tępaków ale żeby inżynier elektryk, z dwudziestokilkuletnim stażem pracy w zawodzie, nie miał komórki, nie umiał obsługiwać komputera i karty bankomatowej i bał się wszelkich nowości jak morowego powietrza, to już przechodziło ludzkie pojęcie. Tego nie dało się inaczej wytłumaczyć jak tylko ograniczeniem, tępotą, zacofaniem i sama już nie wiedziałam czym. Jak ja z nim wytrzymam, zaświtało mi nagle w głowie. Przecież tak będzie ze wszystkim. Nie ma szans, żeby się nagle zmienił i unowocześnił. On już taki pozostanie. Jest cudowny, kochany tak na co dzień, w drobnych sprawach ale te niedoróbki też mają duże znaczenie. Ja zacznę go dominować, a on będzie się chował przede mną. Nie podobała mi się wizja jaka się wyłaniała z tego rozmyślania.
Spojrzałam na zegar. Minęła dziewiętnasta, a Kuby nie było. Zaczęłam się denerwować. Do bankomatu jest dziesięć minut samochodem, przy bankomacie, pięć minut, powrót dziesięć...od godziny powinien być już w domu. Wyszłam przed dom. Przyjechał ale po jego minie poznałam, że coś jest nie tak. - No i jak poszło - zagadnęłam z nadzieją, że odpowie - dobrze i wyciągnie z kieszeni pieniądze. - Mówiłem, że coś spieprzę, to nie chciałaś słuchać - zrzędził umykając oczami w bok. - Nie mam karty. Zniknęła.
- Co?!!! - wydarłam się. - Nie masz karty??!!
- No nie mam - machał rękami. - Nie mam, to bydle wciągnęło....nie ma pieniędzy, nie ma karty, a niech to szlag trafi tę waszą nowoczesność.
- Ku... - wyrwało mi się, na widok podjeżdżającego samochodu dostawczego z marketu.