Witam Cię miły gościu.

Zaglądasz do mnie, jakże mi miło.
Zostaw komentarz, swój link, żebym mogła Cię odwiedzić, jeśli mnie zaprosisz.

Jeśli przemkniesz bez śladu, może nie będę płakać ale będzie mi smutno.


Przeglądaj archiwum

Łączna liczba wyświetleń

sobota, 26 czerwca 2010

Stara miłość nie rdzewieje??? ( 15 do 21)

Obudził mnie dzwonek do drzwi.
Zerwałam się na równe nogi, spojrzałam w okno zalane słońcem i nie wiedziałam co robić, bo straciłam orientację, gdzie jestem, co to za dzwonek?
Rozejrzałam się wokół. Na zegarze była już dziesiąta. No tak, jestem u Kuby, dotarło do mnie. Tak długo spałam, nie mogłam uwierzyć.
Kuby nie było na tapczanie, ani w pokoju, ani też w jego pracowni.
Dzwonek brzęczał jak oszalały.
Jeśli Kuba wyszedł gdzieś to ma przecież klucze, a jeśli to nie on,
to co ja mam powiedzieć temu komuś i czy w ogóle odzywać się?
Chwilę zastanawiałam się, a dzwonek nie zwalniał.
Okręciłam się kocem i podeszłam do drzwi.
Dla pewności zapytałam; Kto tam?
- Nie potrzebuje pani jajek? Mam tanie, ze wsi - usłyszałam chrapliwą odpowiedź.
Głos był wyjątkowo nieprzyjemny, aż mi ciarki przeleciały po ciele.
- Nie. Dziękuję, mam jajka - rzuciłam stanowczo.
- Trudno, a nie wie pani czy sąsiedzi są w domu, bo nikt nie otwiera?
- Nie wiem, jest niedziela, pewnie w kościele albo na spacerze - odpowiedziałam już lekko zeźlona.
- Achaaa... - usłyszałam mruknięcie i oddalające się kroki.
Co to za człowiek, w niedzielę chodzi z jajkami,
parsknęłam i poszłam do łazienki.
Ledwo zdążyłam się ubrać, znowu zaterkotał dzwonek.
- Co za cholera? - syknęłam już wściekła.
- Kto tam? - warknęłam.
- Papier toaletowy, niedrogo - odpowiedział głos za drzwiami.
- Dziękuję nie chcę papieru toaletowego.
- A może jednak, niech pani kupi, zostały mi dwa opakowania - molestował głos.
- Powiedziałam nie i proszę już odejść - odparowałam tym razem już ostro.
Szuranie butów w kierunku windy, oznaczało odwrót natręta.
- Co za zwyczaje, panują tutaj? - zastanawiałam się na głos.
- W niedziele jakiś handel obnośny.. u nas tego nie ma.
Jak oni wchodzą, przecież brama jest zamykana,
każdy ma swój klucz, są domofony...Nic z tego nie rozumiem.
Strach tu mieszkać, bo ktoś może podawać się za sprzedawcę jajek, a może to być jakiś bandzior.
Nie należę do osób strachliwych ale zrobiło mi się nieswojo.
W dodatku nie wiedziałam gdzie poniosło Kubę. Rozejrzałam się po mieszkaniu, za jakąś kartką ale nic nie znalazłam.
No cóż, trzeba cierpliwie poczekać.
Poszłam do kuchni zrobić sobie kawę ale w szafkach nie znalazłam nic co przypominałoby to czego szukałam.
Może herbata będzie, otwierałam kolejne drzwiczki.
Owszem znalazłam, resztki granulowanej, marki Madras. Już dawno zapomniałam o takiej herbacie.
A granulowanej nie piłam od czasu stanu wojennego.
W lodówce ani mleka, ani wody mineralnej, nic.
Trudno, będę siedzieć o suchym pysiu.
Nie wiedziałam czy jest tu gdzieś w pobliżu sklep,
bo poszła bym coś kupić.
Głupi pomysł, pomyślałam, przecież nie mam kluczy.
Nie zostawię mieszkania bez zamknięcia.
Usiadłam przy stole.
Próbowałam włączyć telewizor ale pilot nie chciał mnie słuchać.
Radio też nie działało sprawnie. Jakieś szumy, trzaski. Dałam sobie spokój. Po chwili usłyszałam chrobot klucza w zamku.
- Nareszcie - zawołałam do wchodzącego Kuby.
- Jezu, gdzie ty byłeś. Siedzę tu sama, napastowana przez sprzedawcę jajek, papieru toaletowego, nie mam nic do picia, jak mogłeś mnie tak zostawiać - prawie na wdechu wygarnęłam swoje żale.
Kuba stał w przedpokoju z niewyraźną miną.
Widać było gołym okiem, że mu głupio.
W ręku trzymał pękatą torbę, chyba z zakupami.
Ach, o domokrążcach mówisz - załapał.
- Oni tak zawsze, trzeba było się nie odzywać. Przykro mi...
- No już dobrze - przytuliłam się do niego. - Mogłeś chociaż kartkę zostawić..
- Kotku, musiałem wyskoczyć do Jarka, bo dzwonił rano, czekał na mnie pod blokiem.
Nie chciałem cię budzić, miałem wrócić za pół godziny ale sprawdzenie projektu trochę się przeciągnęło,
a potem poszedłem do Leclerca kupić coś do jedzenia,
bo wczoraj nie zdążyłem - tłumaczył się ze skruszona miną.
- A w markecie tłumy ludzi i kolejki do kas na kilometr, przecież to niedziela, całe tabuny rodzin z dziećmi.
- Wszystko rozumiem - nie odpuszczałam - ale zadzwonić od Jarka mogłeś, prawda? Chyba, że zapomniałeś numeru swojego telefonu? - dodałam z przekąsem.
Popatrzył na mnie, pokiwał głową i przyznał mi rację
- No tak, mogłem. Nie pomyślałem o tym.
- Ale kupiłem ci twoją ulubiona kawę, Lawazzę.
- Jesteś rozgrzeszony - ucieszyłam się i wzięłam od niego torbę z zakupami.
- Najpierw śniadanie, czy kawa? - zawołałam z kuchni
- Jak wolisz kochanie - usłyszałam. - Ale chyba kawa, bo ty tak pijasz, prawda?
- Prawda, prawda - mruczałam wypakowując wiktuały.
Kubuś kupił świeżutkie kajzerki, masło, herbatę Lipton, żółty ser, szynkę, pomidory, wodę mineralną, cytryny i butelkę czerwonego wina.
Może być, stwierdziłam z uznaniem.
Zrobiłam kawę, do kawy podałam moje ciasto,
czym bardzo zaskoczyłam i ucieszyłam Kubę, bo był wielkim łakomczuchem na słodkości, szczególnie domowej roboty.
A jak usłyszał, że to mój wypiek to jego zachwyt był na full.
Gdy siedzieliśmy przy kawie, zapytałam co z obiadem,
czy będziemy coś robić w domu, czy pójdziemy do knajpki.
Kuba chwilę się zastanawiał, uśmiechał się,
w końcu wydukał z pewną nieśmiałością.
- No wiesz, możemy iść do knajpki
ale skoro kobieta jest w domu..- zawiesił głos, patrząc na mnie z tym swoim tajemniczym uśmieszkiem
- to może coś wymyślisz - dokończył.
- A co by pan sobie życzył, panie hrabio? - zażartowałam.
- Nie mam wymagań - padła błyskawiczna odpowiedź. - Mogą być ziemniaki z sałatką z pomidorów i jajko sadzone, na przykład.
- Świetnie - uśmiechnęłam się. - Ja też to lubię.
- A co robimy potem? - spytałam, bo nie uśmiechało mi się siedzieć
w tej klatce ze starociami.
- Potem... - zastanawiał się dość długo.
- Wiem. Potem pojedziemy do Jagody i Czarka, na pewno się ucieszą gdy cię zobaczą.
- A wiedzą, że my się spotykamy ponownie? - byłam ciekawa.
- Nie, coś ty, nikt nie wie - zaprzeczył. - To na razie tajemnica.
Ciekaw jestem jak zareagują, gdy cię zobaczą.
Zawsze mi wypominali, żeśmy się rozstali. Zobaczysz jaki mają odwalony dom. Willa jak z folderu.
Robiłem im projekt instalacji elektrycznej i też zakładałem.
Mam jeszcze fakturę im donieść, to będzie w sam raz pretekst, do spotkania.
Dopiero pół roku temu się wprowadzili.
Na starym mieszkaniu, na Placu Zebrań, została ich córka,
Magda, pamiętasz ją.
- Jasne, że pamiętam. Miała wtedy 7 lat. Opowiadałam jej bajki jak Jagoda była w pracy - zaczęłam wspominać.
- Wiesz, bardzo się cieszę. Często o nich myślałam,
nawet parę lat temu wysłałam im kartkę na święta,
ale nie odezwali się do mnie.
Ciekawa jestem czy się poznamy.



Przy śniadaniu, Kuba nagle zapytał
- Grażynko i jak ci się u mnie podoba,
dałabyś radę tu ze mną mieszkać?
Dobrze, że miałam pełne usta jedzenia,
bo miałam czas na myślenie.
Pokiwałam mu ręką, na znak że zaraz odpowiem
i żując starannie kęsy, zyskiwałam na czasie.
Przecież nie mogłam mu powiedzieć wprost, że nie.
Że mi się tu nic nie podoba. Że to nie jest mieszkanie dla dwojga,
Że można by ale najpierw trzeba uprzątnąć rupiecie,
wyremontować, kupić nowe meble i dopiero...,
a najlepiej to zamienić na trochę większe, chociaż o jeden pokój.
Przełknęłam, popiłam herbatką i cedząc powoli słowa dałam oczekiwaną odpowiedź.
- Mieszkanie nie jest złe, ustawne, jasne. Zresztą nie oglądałam jeszcze wszystkiego, tylko tak pobieżnie - łgałam jak z nut.
- Czekam aż mi pokażesz. Na pewno trzeba by odmalować....
- Tak tak - przerwał mi z entuzjazmem. - Myślałem o tym. To żadem problem. To się zrobi. Dzień, dwa i będzie dobrze.
Czułam się podle, bo widziałam, że moja odpowiedź go usatysfakcjonowała.
Będzie więc robił sobie nadzieję i plany.
Gdy zacznę potem wybrzydzać, będzie rozczarowany.
Cholera. Prawdy mu nie mogłam powiedzieć,
bo to tak głupio, na dzień dobry wylać kubeł zimnej wody na głowę.
Nie chciałam go urazić, a nie chciałam też robić mu złudnych nadziei. Ależ się wpakowałam.
Na szczęście naszą rozmowę przerwał telefon od Jarka,
bo znowu coś mu nie pasowało w wyliczeniach.
Kuba zebrał się szybko i pojechał do niego, a ja siedziałam i kombinowałam, co dalej.
Jeszcze raz, dokładnie pooglądałam mieszkanie.
Jego pracownia była nie do ruszenia.
Do dyspozycji pozostawał tylko jeden pokój,
jako sypialnia, pokój dzienny i miejsce dla mnie, no i kuchnia maciupeńka ale z oknem..
W pracowni stała niewielka dwudrzwiowa szafa, zapchana jego garderobą i przeróżnymi szpargałami.
Trochę pościeli, ręczników, jakieś firanki i to wszystko.
Miejsca na drugą nie było.
W pokoju dziennym stała wersalka, stół, dwa krzesła, fotelik turystyczny, szafka z telewizorem i koniec.
Jedna ściana bezużyteczna, bo to ogromne okno balkonowe
i grzejniki pod parapetem.
Rozejrzałam się bezradnie i ręce mim opadły.
Jedynie co mi przychodziło do głowy,
to uciekać stąd jak najszybciej.
Nie od Kuby ale z jego mieszkania. Dusiłam się tu.
Jeśli nie zgodzi się na zamianę mieszkania,
to nie ma szans na wspólne życie w tej dziupli, zdecydowałam.
Po kilku miesiącach, będziemy siebie mieli dość.
Nie trudno to przewidzieć.
To jest dobre na dojazdowe spotkania ale nie do życia.
Jeden pokój więcej i możemy myśleć o wspólnym życiu.



Z tym postanowieniem zaczęłam przygotowywać obiad.
Miałam przywiezionego, upieczonego kurczaka,
więc zostało mi tylko ugotować ziemniaki,
zrobić sałatkę z pomidorów i obiad gotowy.
Ziemniaki znalazłam pod zlewozmywakiem.
Szoku doznałam przy garnkach.
W szafce stały tylko dwa aluminiowe i takaż sama patelnia.
- Jezus Maria - jęknęłam. - Jak można w tym gotować? Te garnki pewnie jeszcze od mamusi.
Namęczyłam się przy obieraniu ziemniaków,
bo w szufladce był tylko jeden nóż.
Nie nazwałabym go tasakiem ale coś koło tego.
Jedynie co mogłam zrobić, to obciosać ziemniaki, a nie obierać.
Zadzwonił Kuba, że za pół godziny będzie z powrotem.
Dobrze jest, zapamiętał, klasnęłam w ręce z radości.
Pomału nauczę go wszystkiego.
Wstawiłam ziemniaki, zrobiłam sałatkę
i chciałam wsadzić kurczaka do piekarnika,
a tu następny problem.
Kurek od gazu z piekarnika ani drgnie.
Zapieczony na amen. Pewnie od nowości nie używany.
Co miałam robić? Miało być elegancko, a będzie zwyczajnie.
Pokroiłam kurczaka na porcje i obsmażałam na tej cholernej,
aluminiowej, niemiłej patelni.
Kiedy skończyłam, byłam nie tyle zmęczona, bo niby czym ale umęczona i zdenerwowana, wszystkim po kolei.
Garnkami, piekarnikiem, a tak naprawdę, to niedbalstwem i niechlujstwem Kuby.
Jadąc tu spodziewałam się wszystkiego, tylko nie tego co zastałam.
Z tego co mi opowiadał, mieszkanie kupił osiemnaście lat temu.
Przez tyle lat nie sprawić sobie porządnych mebli, garnków, nawet noży, to mi się w głowie nie mieściło.
Nie jestem przesadną pedantką ale lubię mieć wszystko sprawne
i to co potrzebne do normalnej egzystencji.
A on nie miał nic.
Jakieś nędzne resztki skorup, rozlatujące się meble i
niemalowane od nowości mieszkanie.
Cholera!!!, tupałam nogą ze złości.
Co ja mam teraz zrobić?!
Nie chcę się z nim rozstać, bo nie.
Godzić się na tę bylejakość też nie chcę.
I znów pytanie sprzed paru tygodni zaświtało mi w głowie;
"po co mi to było?"



W tym samym momencie wrócił Kuba.
- Jestem głodny okrutnie - zwołał od progu.
- Masz coś do przegryzienia?
- Umyj ręce..- żachnęłam się..i szybko dodałam. - Zaraz podaję.
Przygotowałam stół. Musiałam zestawić wazon z liliami na podłogę
pod okno, bo stół był mały i nie bardzo dałoby się rozstawić nakrycia.
Poszłam do kuchni, otworzyłam boczną szafkę i roześmiałam się w głos.
Na półce stał jeden, dosłownie jeden płytki talerz,
blaszana, emaliowana miska
i dwa malutkie deserowe talerzyki.
- Kuba - niemal wrzasnęłam. - Pozwól tutaj.
Stanął wystraszony w progu.
- Na czym mam podać obiad? Jest tylko jeden talerz. - machałam mu talerzem przed nosem.
- Sobie nałóż na talerz, a ja zjem z patelni - powiedział ze stoickim spokojem. - Ja tak lubię.
Przełknęłam słowa, które cisnęły mi się na usta i starając się zachować formę, zrobiłam tak jak chciał.
Sobie nałożyłam na talerz,
a przed nim postawiłam obrzydliwą patelnię.
Najbardziej chciało mi się śmiać, gdy Kuba otworzył wino,
nalał szlachetny trunek do szklanek
i jedną postawił obok swojej patelni.
Widok przedni. Szkoda, że nie miałam aparatu fotograficznego.
Francja elegancja, kurcze.
Nie wiem, czy był zażenowany tą sytuacją z talerzami, czy był tak głodny, że nie myślał, bo nawet nie zapytał skąd nagle kurczak na obiad, skoro sam go nie kupił.
A ja się tak starałam, przyprawiałam w domu i teraz, podpiekałam.
A tu nic, nawet marnego słowa nie usłyszałam.
Trochę było mi przykro i straciłam cały napęd.
Tak to jest z nami kobietami.
Chcemy być przez swojego mężczyznę doceniane, za nasze starania.
Wtedy nam skrzydła rosną u ramion

Po obiedzie, posprzątałam, zrobiłam kawę,
a potem powiedziałam, że chyba odłożymy wizytę u Jagody
na kiedy indziej, bo nie specjalnie się czuję.
Kuba przystał na to z zadowoleniem, bo jak się okazało musi siąść do deski i zrobić na jutro korektę projektu.
Włączył mi telewizor, przytulił, przeprosił za to,
że mnie zostawia samą i poszedł do drugiego pokoju.
Zwinęłam się w kłębek na tapczanie i bezmyślnie gapiłam się w ekran, skacząc machinalnie po kanałach.
Nie miałam ochoty dosłownie na nic. Byłam zdegustowana i przerażona.
Zdałam sobie sprawę, że to wszystko było piękne w marzeniach i planach, gdy bywaliśmy u mnie w domu,
gdzie byłam u siebie, miałam swój świat i myślałam, że tak będzie zawsze. Tu nagle, straciłam całą werwę.
Poczułam się jak rozbitek, wyrzucony na bezludną wyspę.
Wszystko było nie tak, nie po mojemu i nie bardzo wiedziałam jak to rozegrać, żeby Kuba chciał coś zmienić w swoim życiu ale żeby to wyszło od niego, nie ode mnie.
Wiedziałam, że jest bardzo wyczulony na punkcie swojej godności, męskości, zasad i jakiekolwiek podważenie jego racji, zaradności uraziłoby jego dumę i przyniosłoby odwrotny skutek, a mnie ustawiłoby na przegranej pozycji.
Kochałam go, a jednocześnie byłam na niego zła.
Czułam miłość i gniew. Czy to normalne, zastanawiałam się.
Ale mam zagwozdkę, jak nigdy dotąd. Spróbuję uzbroić się w cierpliwość i jakoś wytrzymam ten tydzień. Może jak się prześpię to mi przejdzie, robiłam sobie nadzieję.
Leżałam bezmyślnie i gapiłam się w migające obrazki.
Kuba co chwilę zaglądał do mnie jak do małego dziecka.
Podchodził, głaskał po ręce i przepraszając,
wyrażał ubolewanie, że nie może mi towarzyszyć.
Było to słodkie i rozczulające.
Parę minut po wieczornych wiadomościach przyszedł i spytał.
- Nudzisz się kotku, co?
- Jak widzisz - odpowiedziałam grzecznie z krzywym uśmieszkiem na ustach, bo wyć mi się chciało.
- Może poczytaj sobie coś - zaproponował. - Mam na półce "Ziele na kraterze" Wańkowicza, "Kamienne tablice" Żukrowskiego...
- Czytałam ze dwa razy, a może lepiej pokazałbyś mi ten swój komputer - przypomniałam sobie nagle o jego nieużywanym nabytku.
- Uruchomię go i będę miała zajęcie,co?
- Nie, nie dzisiaj - wzdrygnął się. - Jest przywalony papierami, a ja nie mam czasu teraz grzebać.
-No to trudno - zrezygnowałam, chociaż miałam wielką chętkę na ten jego komputer.
- A ty go już kiedykolwiek uruchamiałeś? - spytałam z ciekawości.
-Nie, jeszcze nie ale jest sprawny, bo wziąłem go od kolegi, gdy był na chodzie - mówił zadowolony, że mnie odwiedzie od pomysłu.
- Dawno on tak leży u ciebie, w kącie - nie dawałam za wygraną.
- No....- zastanawiał się - będzie ze dwa lata...może więcej.
- I uważasz, że będzie na chodzie? - pytałam już trochę wkurzona jego brakiem orientacji w tych sprawach.
Spojrzał na mnie z miną skarconego chłopca.
-Grażynko, nie naciskaj, ja nie mam do tego głowy.
Przyjdzie czas to się nim zajmę - usłyszałam i zobaczyłam jego plecy znikające za drzwiami.
- Chyba w drugim wcieleniu - burknęłam.
Czemu on się tak miga, zastanawiałam się. Pewnie się wstydzi przyznać, że nie umie podłączyć komputera.
Nie mogłam go zrozumieć. Mężczyzna, inżynier, żeby był tak oporny na nowinki, to się rzadko zdarza. Na razie dam sobie z tym spokój, może sam dojrzeje i mi pokaże, postanowiłam i zabrałam się za przygotowanie kolacji.
Kuba przyszedł do stołu ale był nie w sosie. Jadł w milczeniu, zerkając w telewizor. Nie wiedziałam co mu dolega. Czy mu kanapki nie smakują, czy jest zły na mnie o ten cholerny komputer, czy mu coś z projektem nie wychodzi.
U mnie w domu był bardziej rozmowny. Przy każdym posiłku rozmawialiśmy jak najęci, a tu u siebie jest zamknięty w sobie. Czułam się dziwnie i nieswojo. Tak jakbym mu w czymś przeszkadzała. Nie lubię niejasnych sytuacji więc po skończonej kolacji, podeszłam do niego, objęłam go i spytałam.
- Kubuś, coś ci dolega, bo nie odezwałeś się ani słowem do mnie, podczas kolacji. Jak mam to rozumieć?
- Kotku, roboty mam od cholery, a rozbolał mnie ząb - pokazał ręką na prawą stronę twarzy i dopiero wtedy zobaczyłam dość wyraźną opuchliznę prawego policzka.
- Pokaż bliżej - ujęłam jego głowę.
Otworzył usta, zajrzałam i zobaczyłam po prawej stronie dwa korzenie w obrzękniętym dziąśle.
- Jezus Maria - wykrzyknęłam.
- Toż to jest potworny stan zapalny.
Czemu z tym nie zrobiłeś porządku? Dawno hodujesz te korzenie?
- Oj, dawno - machnął ręką.
- Byłem u dentystki, obiecała mi nadstawić te zęby...i tak zeszło.
- Kiedy to było? - drążyłam, bo sam by pewnie nie powiedział.
- A, już dawno, jakieś cztery lata temu- pochwalił się.
- Nie ma tak źle, jeszcze się trzymają, może da się to nadbudować.
- Kuba - jęknęłam.
- Ty mnie przerażasz. Cztery lata trzymasz takie kratery i wierzysz, że na nich da się nadbudować zęby?
To się nadaje do natychmiastowej resekcji, bo inaczej, to zapalenie okostnej murowane. Nosisz bombę z zarazkami.
- Jakie zapalenie - odganiał się ode mnie.
- Daj spokój, już nie raz tak miałem,
brałem parę tabletek Biseptolu i było dobrze.
Zaraz wezmę, bo gdzieś tu jeszcze mam.
Wykręcił się i poszedł do łazienki, do szafki po Biseptol.
Zaszył się w swoim pokoju i tyle go widziałam.
Coraz lepiej, zdenerwowałam się.
Przecież od Biseptolu mu to nie przejdzie. Byłam zła na niego za brak dbałości o zdrowie, o zęby, a z drugiej strony obudziły się we mnie opiekuńcze instynkty.
Trzeba będzie się zająć jego zębami, pomyślałam i już się cieszyłam, że jestem mu potrzebna.
Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy ale już obudziła się we mnie mamuśka.
Zaczynałam pomału stawać się nie tylko partnerką ale po prostu mamuśką.
Kuba już nie przychodził, więc zaczęłam oglądać jakiś program na Discovery.
Było już dość późno ale jeszcze nie chciało mi się kłaść do spania.
Zapomniałam, że oglądanie telewizji w pozycji horyzontalnej usypia mnie.
Nie wiem kiedy zasnęłam. Padłam, nie przebrana, nie umyta. Obudziłam się, spojrzałam w okno, było już jasno.
Kuby nie było koło mnie.
Byłam przykryta jakimś szorstkim kraciastym kocem.
Ohydztwo, jak derka na konia, prychnęłam, odrzucając przykrycie i usiadłam na wersalce.
Wstałam i po cichutku zajrzałam do jego pokoju.
Kubuś ślęczał przy desce. Zrobiło mi się go żal.
Podeszłam i przytuliłam go.
- Skarbie, co ty robisz ? - spytałam.
- Całą noc rysujesz, a spanie, to co, nie potrzebne ci? Będziesz dzisiaj nie przytomny, a podobno masz gdzieś jechać?
Widziałam, że był bardzo zmęczony.
W pokoju było duszno i sino od dymu z papierosów.
Na stoliku obok leżały dwa puste opakowania po papierosach, a trzecie napoczęte. Już nic nie mówiłam tylko tuliłam swojego pracusia.
- Grazia - spojrzał na mnie prosząco.
- Zrób mi mocnej kawy, dobrze?
- Kochanie, chcesz mocnej kawy, a wiesz, że masz nadciśnienie.
Leki bierzesz? - spytałam odruchowo.
- Wieczorem nie widziałam, żebyś brał.
Kiwnął głową na znak, że bierze.
- Wieczorem zapomniałem - przyznał się - ale nic mi nie dolega. Jedną dawkę ominąłem, to nic takiego.
- Masz aparat do mierzenia - nie ustępowałam.
- Daj, zmierzę.
- Nie mam aparatu - zwrócił się do mnie. - Nie wiem jaki kupić. Może mi doradzisz, kotku?
No tak, pomyślałam. Teraz już nic mu nie powiem, bo skoro tak ładnie prosi. Sprytnie wybrnął.
- Dobrze, już dobrze - przytaknęłam.
- Kupimy ale teraz się prześpij. O kawie zapomnij. A jak zęby?
- Przestały po Biseptolu. Mówiłem, że pomoże. - odparł z zadowolona miną ale opuchlizna była nadal widoczna.
Położył się na wersalce tak jak stał, w ubraniu.
Nastawił budzik na godzinę ósmą.
- Dwie godziny snu mi wystarczą - mruknął spod kraciastej derki.
- A ty kotku połóż się jeszcze koło mnie, co masz się nudzić sama.
Popatrzyłam niechętnie na kraciastą derkę i od razu odechciało mi się leżenia.
- Dam sobie radę - mruknęłam i wyszłam do łazienki.
Usiadłam na brzegu wanny i nie bardzo wiedziałam co robić.
Mogłam zająć się czymś w kuchni ale nie chciałam się tłuc, żeby mu nie przeszkadzać w spaniu.
Weszłam do pracowni, z nadzieją, że może tu się czymś zajmę.
W pracowni nie było czym oddychać, ani przy czym usiąść, bo wszędzie jego papiery.
Obejrzałam dokładnie pracownię i zdziwiłam się, że nie ma w niej kratki wentylacyjnej.
Dojście do okna zastawione było potężnym biurkiem,
tak że nawet nie można było otworzyć okna.
Jak on tu może pracować, w tumanach dymu, bez wietrzenia, dziwiłam się. To przecież samobójstwo.
Ścianka działowa między jego pracownią, a łazienką była cienka. Cóż to za filozofia, wykuć otwór pod sufitem, wstawić kratkę wentylacyjną i byłoby dużo lepiej,
tym bardziej, że w łazience ciąg wentylacyjny hula, że aż ręczniki na sznurkach się ruszają.
Pozostała mi jako schron, łazienka.
Starając się nie robić za dużo szumu wykąpałam się, uczesałam, potem poszłam do neseseru po ubranie ale wszystko było pomięte. No tak, westchnęłam, nie wypakowałam, nie rozwiesiłam i muszę prasować.
Rozejrzałam się za żelazkiem.
Znalazłam, w kuchni pod stołem, stare jak świat.
Przewód miało w kilku miejscach polepiony izolacją, stopkę trochę przyrdzewiałą.
Matko jedyna, zmartwiłam się, tym się nie da prasować. Zrezygnowałam z prasowania. Wyjęłam z torby letnie spodnie i bawełnianą bluzkę z krótkimi rękawkami, bo zanosiło się dzisiaj na potworny upał.
Pooglądałam ze wszystkich stron, może być, stwierdziłam, nawet nie za bardzo pomięte.
Dochodziła ósma więc zajęłam się śniadaniem.
Przygotowałam kanapki z jajkami i szynką, sałatkę z pomidorów i cebulki i w tej samej chwili zadzwonił budzik.
Budzik dzwonił jak oszalały, a Kuba dalej spał w najlepsze.
Żal mi go było budzić ale wiedziałam, że ma mało czasu więc musiałam dobrze go potarmosić zanim doszedł do siebie. Pospiesznie ochlapał się w łazience, przebrał koszulę, zjadł niemal w biegu śniadanie,
chlipnął łyk kawy, pozbierał projekty i pojechał do firmy.
Nie zdążył mi powiedzieć kiedy wróci, co będziemy dzisiaj robić.
Nic. Dobrze, że już w drzwiach powiedział gdzie są zapasowe klucze od mieszkania,
na wypadek gdybym chciała wyjść do sklepu albo na spacer. Domyśliłam się, że nie wróci prędko.
Moje domysły potwierdził, dzwoniąc po godzinie.
- Graziu, kochana - mówił.
- Musisz jakoś sama sobie poradzić, bo ja wrócę wieczorem. Jedziemy na pomiary i inwentaryzację sieci elektrycznej do jednej wsi koło Kraśnika.
- To mam nie robić obiadu? - zapytałam pro forma.
- Nie, dla mnie nie rób, dla siebie coś ugotuj...albo jedź do Jagienki, to dwie przecznice niżej, trafisz bez problemu,
ja tam się często stołuję, podasz moje nazwisko, mam tam abonament.
Nie zdążyłam odpowiedzieć bo połączenie się przerwało.
- No ładnie - zaczęłam mówić sama do siebie.
- Właściwie skoro Kuby nie będzie do wieczora, to ja się najpierw porządnie prześpię, bo ten nocny sen w pełnym rynsztunku, to mnie zmęczył, a potem pomyślę co dalej.
Może się trochę poopalam na balkonie - mówiąc to podeszłam do balkonowego okna, otworzyłam i natychmiast się cofnęłam.
Tam nie było gdzie nogi postawić. Cały balkon zawalony rupieciami. Ostrożnie wcisnęłam stopy między jakieś graty i zaczęłam lustrację.
Mamo moja, czego tam nie było.
Dwa stare zardzewiałe rowery, kilka opon samochodowych, kołpaki od kół, silniki, stare deski, trzy pary zwichrowanych nart marki "Polsport", dwa duże dymiony na wino w koszach wiklinowych, mnóstwo litrowych butelek po mleku, takich jeszcze z dawnych czasów, znacznie więcej butelek po piwie, słoików po ogórkach, doniczki po kwiatach.
Od patrzenia i z oburzenia, zakręciło mi się w głowie.
- Ale sobie użyję, jak nagi w pokrzywach - zaśmiałam się ironicznie.
- Na co on to wszystko trzyma i to bez przykrycia, na deszczu i śniegu w zimie.
Odechciało mi się spać.
Zrobiłam makijaż, odnalazłam klucze, wsiadłam do samochodu i pojechałam przed siebie.
Musiałam trochę pobyć z dala od tej rupieciarni, bo mnie roznosiło. Jechałam bez żadnego planu.
Nagle zobaczyłam duży dom handlowy "Leclerc".
Cóż więcej potrzeba wkurzonej kobiecie, dla uspokojenia nerwów?
Tylko porządny sklep. I taki mi się trafił. Wjechałam na parking i już weselsza, dałam nura w pasaż sklepowy.
Tego mi było potrzeba. Obleciałam wszystkie działy handlowe, butiki, aż w końcu trafiłam na stoisko z żelazkami.
Już mi się oczy zaśmiały, bo myślałam o kupnie żelazka. Wybrałam niezbyt duże i nie drogie, na parę z dobrym termostatem i przezroczystym zbiornikiem na wodę.
Potem kupiłam dwie kolorowe bluzki, niewielki bieżnik na stół do pokoju i zadowolona poszłam do kafejki na lody i kawę.
Miałam ochotę kupić kilka talerzy ale uznałam, że nie będę wychodzić przed orkiestrę. Niech Kuba sam zdecyduje, czy kupić i jakie. Wróciłam do domu dobrze po południu.
Od razu wzięłam się za sprzątanie.
Wyciągnęłam z łazienki odkurzacz, który wprawdzie zbierał z dywanu paprochy ale kurz zamiast pochłaniać, rozpylał dokumentnie. Pościerałam na mokro podłogę w kuchni i przedpokoju i położyłam na stół kupiony bieżnik.
Od razu zrobiło się przyjemniej. Stół wprawdzie nie był brzydki ale ciemny blat nie prezentował się dobrze, tym bardziej przy posiłkach, bez serwety. Może Kubie to nie przeszkadzało ale mnie tak.
Mam u siebie w kuchni dębowy stół z litego drewna, nie malowany i na takim stole nie muszę kłaść serwety ale na stole w pokoju, z blatem z forniru musi być nakrycie.
Po uporządkowaniu mieszkania, mogłam, nowym żelazkiem, odprasować swoją garderobę.
Gdy skończyłam, zamierzałam włożyć swoje ciuszki do szafy.
Marzenie ściętej głowy.
Otworzyłam szafę i ręce mi opadły, podczas przeglądania jej zawartości. Dostałam ataku histerycznego śmiechu, gdy natknęłam się na ciemno brązowy kożuch, w którym Kuba chodził trzydzieści lat temu.
Następne okazy jeszcze z tamtych lat to; wypłowiała marynarka, potem kilka koszul non iron, płaszcz ortalionowy z Peweksu, jakaś kurtka drelichowa,sweter z owczej wełny w warkocze.
Z ubrań teraźniejszych były tylko trzy koszule flanelowe, jeden podniszczony garnitur i jedna marynarka z wypaloną dziurą na klapie. Byłam niemiło zaskoczona ilością użytecznej garderoby.
Czyżby miał tylko ten jeden garnitur, w którym do mnie przyjeżdżał, a teraz chodzi w nim na co dzień? Ufff.....
Widocznie ma tylko to co widać, bo nigdzie nie było drugiej szafy.
Wyjęłam dwa wolne wieszaki i zamknęłam szafę.
Nie miałam ochoty wieszać swoich ubrań przy tych starociach. Pozakładałam swoje rzeczy na wieszaki i powiesiłam na ścianie w pokoju. Będą stanowić na parę dni element dekoracyjny, bo poza kalendarzem ściennym na ścianach nie było niczego więcej.
Usiadłam przy stole i śmiałam się dalej sama do siebie albo z siebie.
Kuba wrócił około ósmej.
Umęczony, spocony, bo upał był siarczysty, a on we flanelowej koszuli, w ciemnym garniturze i pełnych półbutach.
W biegu zrzucał z siebie ubranie i wskoczył do wanny.
Nie przeszkadzałam mu w relaksującej kąpieli tylko zajęłam się kolacją.
- Kotku - usłyszałam nagle wołanie z łazienki.
Zajrzałam z pytaniem o co chodzi, a on poprosił mnie o wyszorowanie pleców. Poprosił grzecznie, z czułym uśmiechem więc nie mogłam odmówić, choć poczułam się jak zakontraktowana żona.
Nie widziałam nic złego we wzajemnym myciu się ale nie tak na zawołanie tylko tak przy okazji wspólnych figli łazienkowych. Tak kiedyś robiliśmy, a teraz...teraz mam tylko myć plecy i nic więcej....? Nie uśmiechało mi się to.
- Kubuś - rozejrzałam się po łazience. - A czym ja mam ci wyszorować plecy, jak nie widzę tu ani gąbki ani szczotki do pleców?
- Otwórz, tę szafkę w kącie łazienki - wskazał ręką. - Tam z boku wisi szczotka.
Otworzyłam drzwiczki, wzięłam do ręki szczotkę i zaczęłam jej się przyglądać. Kuba w tym czasie obserwował mnie i uśmiechał się.
- Coś ci to przypomina? - spytał, roześmiany.
- Wiesz, tak jakby....ale to niemożliwe - próbowałam odpowiedzieć. - Czyżby to była szczotka...? - spojrzałam na niego i w tej samej chwili byłam już pewna, że to jest szczotka, którą kupiłam mu w pierwszym roku znajomości, na imieniny.
Kuba już śmiał się na głos i patrzył rozbawiony na moją minę.
- Widzisz, jak pamiętałem o tobie, zachowałem nawet szczotkę, którą dostałem od ciebie. Tyle lat mi służy.
- To pewnie przy każdej kąpieli wspominałeś mnie - spytałam lekko wzruszona. - Tyle lat wytrzymała, chyba, że rzadko jej używałeś? - kręciłam z niedowierzaniem głową.
- Jeszcze niejednym cię zaskoczę - powiedział wystawiając plecy.
Szorowałam zawzięcie, aż skóra na plecach poczerwieniała. Przy każdym ruchu przypominały mi się nasze wspólne kąpiele, w wannie, pod prysznicem i to co było podczas i potem....
Ale w jego dawnym mieszkaniu wanna była dwa razy taka jak ta,
a łazienka wielkości małego pokoju. Można było baraszkować, bez obawy, że się poobijamy o kanty.
A tutaj...rozejrzałam się dyskretnie, szkoda zachodu. Ciasno i nieprzytulnie. Nie ma nastroju "łazienkowego".
- Dość kochanie szorowania, bo zaraz się skóra zedrze - odłożyłam szczotkę i wyszłam z łazienki.
- Podaję kolację, pospiesz się.
Wyszłam z łazienki, bo nagle dotarło do mnie, że tamte lata, tamte chwile, tamte zachowania już nigdy nie wrócą. Trzymałam w ręce przedmiot, który był elementem naszych miłosnych igraszek łazienkowych ale teraz już nie było w nas tej młodzieńczej magii, tego zapamiętania się, pożądania jak wtedy. Było ale inne, bardziej dojrzałe, wyważone, takie trochę wstydliwe. Nie umiałam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to co jest teraz jest prawdziwe i nowe, czy jest tylko próbą powielenia i kontynuacji chwil z przeszłości.
Nalewając herbatę do szklanek, postanowiłam nie myśleć nad tym.
- Co mi to da? - mruczałam po cichu. - Jesteśmy razem, pomału się jakoś dogadamy, dotrzemy, a takie zagłębianie się, analizowania może wszystko popsuć. Och, te moje analityczne skłonności!
Na razie dam sobie spokój z balkonem, komputerem.
Przyjechałam do mojego Kuby więc będę się cieszyć, a porządki i inne sprawy zostawię na później. Po co się dręczyć.
Tak mało mamy czasu dla siebie.
Wniosłam kolację do pokoju, gdzie już Kubuś odświeżony, siedział w samych spodenkach z papierosem w ręce.
Podszedł, objął mnie i szepnął do ucha - Graziu, wiem, że masz ochotę...ale musisz mi wybaczyć, ja nie mam dziś siły. Lecę z nóg. Zgoda?
- A skąd wiesz mądralo, że mam ochotę, co ? - zarumieniłam się i speszyłam. - Przecież nic nie mówię.
- Już ja wiem - przytulił mnie mocniej. - Widziałem w łazience. Czemu tak szybko uciekłaś?
- A...bo ta szczotka tak mnie rozkleiła - próbowałam się tłumaczyć. - Zaskoczona byłam i wzruszona, wiesz? Ale to nic nie znaczy, nie przejmuj się, przecież nie wyjeżdżam jeszcze...
- Siadajmy do kolacji, bo herbata wystygnie - dodałam i delikatnie oswobodziłam się z jego objęć.
- Kubuś - zwróciłam się wprost, siadając do stołu. - Obiecaj mi, że jutro porozmawiamy poważnie o twoich zębach, bo nie wyjadę jak nie pójdziesz do dentysty. Dzisiaj nie chcę cię już męczyć ale jutro muszę, wybacz. Bo jak się nie zgodzisz to już więcej nie dostaniesz ode mnie buzi - zagroziłam żartobliwie.
- Pojedziesz ze mną ? - zaskoczył mnie pytaniem.
- Jasne - ucieszyłam się. - Zaprowadzę cię za rączkę i będę trzymała w czasie badania.
Kuba odprężony, uspokojony, pochłaniał kanapki z talerza, a potem jeszcze przez chwilę opowiadał mi o swoich pomiarach w terenie. Posłusznie wziął leki i za chwilę już chrapał.
Naprawdę był zmęczony. Włączyłam po cichu telewizor, zrobiłam sobie kawę i usadowiwszy się wygodnie na foteliku turystycznym spokojnie oglądałam film.
Mimo, że fabuła była dość ciekawa, ja co jakiś czas wracałam myślami do tego co dzisiaj się wydarzyło.
Do balkonu, do szafy, do nocnej pracy Kuby, do wyjazdu w teren
i nieobecności w domu.
Chyba nie o takim życiu marzyłam. Pomijam już ciasnotę mieszkania i braki w wyposażeniu.
Co mi z tego, że będę mieć swojego mężczyznę, skoro ciągle pracuje.
Jest dyspozycyjny ale nie dla mnie.
Po powrocie pada na twarz, a ja pomału stanę się kucharką, gosposią, opiekunką i konfesjonałem do wyżalania się na wspólnika, na inwestorów, na urzędników.
Z jednej strony chcę z nim być, mimo jego dziwactw i nieudolności, a z drugiej strony boję się, czy dam radę wytrwać.
Te trzy wspólne dni, to jak namiastka przyszłego życia we dwoje.
Tak będzie wyglądać, bo przecież nic się nie zmieni na lepsze.
Kuba musi pracować jeszcze dziewięć lat, ja za dwa lata przejdę na pełną emeryturę,
a mogę też od razu zrezygnować z pracy,
bo emeryturę już mam, tylko tę wcześniejszą.
Mam całe dnie siedzieć, gapić się w telewizor i czekać na niego?
Nie wyobrażam sobie takiego życia.
Cholera i po co mi to było?
To pytanie powracało jak bumerang.

Nie dotrwałam do końca filmu.
Byłam dość zmęczona, a także widok śpiącego Kuby podziałał na mnie, bo zaczęły mi się przymykać oczy. Po cichutku, żeby go nie obudzić, wśliznęłam się do spania. Ledwo zdążyłam usnąć, a już się obudziłam. Było mi niewygodnie. Coś mnie uwierało pod plecami. Przewracałam się z boku na bok, do samego rana. Poza tym,
Kuba mruczał przez sen, zrywał się co chwilę, jakby majaczył. Nie dało się spać. Wstałam, otworzyłam okno, bo w pokoju było duszno. W świetle dnia spojrzałam na Kubę i przeraziłam się. Jego twarz przypominała balon.
Był opuchnięty i to z obydwu stron twarzy. Obudziłam go, a on nie mógł otworzyć oczu ani ust.
Wyglądał strasznie ale i komicznie, jak wypasiony Chińczyk. Wiedziałam, że go bolą zęby ale nie mogłam powstrzymać śmiechu, a on biedny patrzył na mnie tymi swoimi szparkami oczu, że aż zrobiło mi się wstyd.
- Kubuś, chyba nie ma na co czekać - powiedziałam, pomagając mu się podnieść. - Ubieraj się. Jedziemy do dentysty.
Już nie chciałam mu zrzędzić jak przysłowiowa baba w stylu " a nie mówiłam", tylko pomogłam mu się pozbierać i zaczęłam szukać, w książce telefonicznej numeru gabinetu dentystycznego.
Obdzwoniłam kilka gabinetów ale nic z tego. Godziny przyjęć dopiero od dziesiątej albo popołudniu. Zadzwoniłam do Kliniki Stomatologicznej. Kiedy opowiedziałam co i jak, kazali przyjechać natychmiast. Na hasło, jedziemy do kliniki, Kuba zrobił taką minę jakby usłyszał wyrok śmierci. Nie zwracałam uwagi na jego opory, tylko zabrałam go za fraki i pojechaliśmy moim samochodem. W klinice przyjęto nas poza kolejnością. Pani adiunkt po wstępnym badaniu, objechała go jak święty Michał diabła. Nie przebierała w słowach. Kuba potulnie wysłuchał reprymendy i tylko zerkał w moją stroję, jakby chciał powiedzieć; "wykrakałaś mi". Po godzinie zszedł z fotela dentystycznego, jeszcze bardziej obolały. Poszliśmy do rentgena na prześwietlenie uzębienia. Kolejka była niebotyczna, bo to i pacjenci z oddziału i z przychodni czekali na prześwietlenie. Ze zdjęciem udaliśmy się z powrotem do pani adiunkt. Gdy spojrzała na kliszę, pokręciła głową i przez zęby syknęła.
- Cholera, sześć torbieli, a może i więcej bo zdjęcie niezbyt czytelne.
Kuba nie był zachwycony kiedy dostał skierowanie na oddział chirurgi szczękowej.
Nie od zaraz, tylko za kilka dni, gdy ustąpi obrzęk i stan zapalny. Dostał dożylnie zastrzyk przeciw bólowy i receptę na silny antybiotyk, z zaleceniem zgłoszenia się za pięć dni ale gdyby nie ustępowało, to, natychmiast. Do domu wracaliśmy w milczeniu. Widziałam jak Kuba zaciska pięści, ze złości albo ze strachu. Współczułam mu, bo pobyt na chirurgii szczękowej, to przecież żadna przyjemność, a z drugiej strony cieszyłam się, że to stało się teraz, kiedy ja byłam, bo podejrzewałam, że sam nie poszedł by do dentysty, tylko czekał na cud.
Najgorsze było jeszcze przed nami. Jego praca. Po powrocie do domu od razu siadł do biurka ale po godzinie wrócił do pokoju niemal z łzami w oczach.Napisał mi na kartce, bo nadal miał trudności z otwieraniem ust, że ma bardzo pilną robotę i nie wie co robić, bo nawet do wspólnika nie może zadzwonić .
- To znaczy, że mam zadzwonić? - spytałam.
Kiwnął głową, że tak. Dla mnie to żaden problem. Zadzwoniłam, powiedziałam co i jak, a gdy Jarek nie bardzo chciał uwierzyć w chorobę Kuby, tylko próbował żartować, że to ja jestem powodem jego opóźnienia w robocie, wkurzyłam się i zaprosiłam go, żeby sam sprawdził.
Chciałam trochę ogarnąć mieszkanie. Przynajmniej schować pościel do wersalki i złożyć ją, żeby można było wygodnie usiąść. Niestety, moje wysiłki spełzły na niczym.Wersalka ani drgnęła. Zdjęłam pościel, chcąc sprawdzić czemu nie daje się złożyć i to co zobaczyłam, wprawiło mnie w zdumienie, złość i wyjaśniło powód moich niewygód w czasie snu.
To była bardzo stara wersalka, z pozrywanymi sprężynami i w dodatku połatana kawałkami listewek. Dlatego od samego początku, odkąd tam byłam, wersalka była ciągle rozłożona, nakryta kocem na kołdrę.
Nie chciałam już dokładać Kubie, tylko jak mogłam najładniej zasłałam to legowisko ale postanowiłam, że wersalki mu nie odpuszczę.
Kuba ułożył się na pół siedząco i czekał na Jarka. Przyjechał za godzinę i gdy zobaczył Kubę to złapał się z przerażenia za głowę.
- Chłopie, a kto cię tak załatwił? - wykrzyknął. - Musiałeś nieźle pobalować.
To był oczywiście żart. Sprawa projektu nie wyglądała dobrze, bo Kuba miał jeszcze dużo do roboty a termin był na już. Tym bardziej, że to był jego autorski projekt i nikt za niego tego nie zrobi. Po pół godzinnym monologu, bo Kuba tylko kiwał głową, Jarek zdecydował się jakoś przełożyć termin o tydzień. Widziałam, że Kubie ulżyło i nawet próbował się uśmiechnąć.
Po wyjściu Jarka, podałam Kubusiowi leki i tabletkę na sen. Uznałam, że jak się prześpi to będzie mu lepiej niż takie siedzenie z cierpiąca miną.
Kiedy zasnął, wymknęłam się do sklepu, żeby kupić coś lekkiego do jedzenia dla Kuby. Kupiłam kilka jogurtów smakowych, bułeczki maślane, warzywa, trochę miękkich owoców, pasztet i jajka. Wstąpiłam też do pobliskiej apteki, kupić jakiś płyn dezynfekcyjny do płukania ust. Gdy już miałam wychodzić, zobaczyłam w gablocie aparaty do ciśnienia i glukometry. Nie zastanawiając się długo kupiłam i te dwa przyrządy. Glukometr dobrej marki, z szybkim pomiarem i aparat nadgarstkowy, tak żeby sam sobie mógł, bez problemów mierzyć ciśnienie. Zadowolona wróciłam do domu. Kuba spał jak suseł, a ja siedziałam na krześle i patrzyłam w telewizor. Cóż miałam więcej do roboty? Tan naprawdę to mogłam wiele robić ale nie chciałam się sama rządzić w nieswoim mieszkaniu. Siedziałam bezczynnie i z nudów skakałam po kanałach w telewizorze i zastanawiałam się co mam dalej robić. Wprawdzie miałam jeszcze pełne dwa tygodnie urlopu ale nie planowałam całego spędzić u Kuby. Myślałam, że tydzień spędzę u niego, potem pojedziemy do mnie i wyskoczymy gdzieś na kilka dni, coś zwiedzić, w jakieś ciekawe miejsce. Skoro nie interesuje go morze, to może na Kaszuby nad jezioro, albo do Zakopanego. Miałam w Poroninie dobrą koleżankę z wielką góralską chałupą. Od lat mnie zapraszała do siebie. Można by skorzystać i pojechać. Takie miałam plany ale co z tego zrealizuję, to się dopiero okaże, bo choroba Kuby, postawiła wszystko pod znakiem zapytania. Nie wypada mi zostawić go z takim poważnym problemem zdrowotnym i pojechać sobie w świat. To nie byłoby w porządku. Poza tym coraz bardziej mi było żal tego mojego dziwaka. Byłam zła na niego, bo to wszystko przez jego niedbalstwo ale jednocześnie budziła się we mnie tkliwość i chciałam mu pomóc. Wiedziałam, że nie ma tutaj nikogo bliskiego. Rodzice już dawno nie żyją, brat dużo starszy od niego, też schorowany, mieszka z żoną, sto kilometrów od Lublina, średnia siostra tak samo, a najstarsza ponad siedemdziesięcioletnia, mieszka ze swoją rodziną, aż w Hrubieszowie. Znikąd więc pomocy. Zdecydowałam, że zostanę z nim, dokąd będzie potrzeba.
Zadzwoniłam do mamy, żeby powiedzieć jej, że nie wrócę tak jak zamierzałam i opowiedziałam co przytrafiło się Kubie. Wysłuchała do końca ale zamiast współczuć i zrozumieć moją decyzję, a nawet pochwalić, mama udzieliła mi reprymendy.
- A cóż to ciebie obchodzi, że on jest chory? - nadawała. - Do tej pory sobie sam radził, to i teraz nie zginie. Ty masz swoje obowiązki, dom, rodzinę, o tym powinnaś myśleć, a nie o obcym chłopie. Ja tu czekam na ciebie jak na zmiłowanie, bo leki mi się kończą, po recepty trzeba jechać do lekarza, a ty tam siedzisz po darmo.
- Mamuś - próbowałam się tłumaczyć. - Przecież po leki może pójść Mirek albo Stasia. Przyjeżdżają co tydzień do ciebie, to żaden problem dla nich. Zadzwonię zaraz do lekarza, poproszę o przygotowanie recepty, a oni tylko odbiorą i kupią leki. Mamuś, zrozum mnie...
- Rób sobie jak chcesz - usłyszałam już chlipanie mamy. - Tego się na stare lata doczekałam, że obcy chłop ważniejszy od matki, ładnie córciu, ładnie...Ja bym się wstydziła jechać do kogoś obcego i być u niego tyle dni. Co jego sąsiedzi sobie o tobie pomyślą. Jak ty możesz im w oczy patrzeć. Czego ja się doczekałam - zaczęła swoją starą śpiewkę. - Myślałam, że masz więcej szacunku dla siebie i rozumu w głowie....
- Mamo - uniosłam się, bo tego było już za wiele. - Co mnie obchodzą jacyś sąsiedzi, a w ogóle co cię naszło, przecież rozmawiałyśmy przed wyjazdem i nie miałaś nic przeciwko, a teraz.....
- Miałaś jechać na parę dni - przerwała mi - a nie na trzy tygodnie. Szału jakiegoś dostałaś czy co, na stare lata....
Nie zdążyłam nic odpowiedzieć bo mama odłożyła słuchawkę.
- No ładnie - powiedziałam rozgoryczona do siebie. - Jeszcze niedawno cieszyła się, że mam kogoś, a teraz kazania umoralniające mi prawi, jakbym miała szesnaście lat.
Tak było zawsze z moją mamą. Niby cieszyła się, że mam wreszcie kogoś, że ułożę sobie życie, a jak przychodziło co do czego, to znajdowała setki argumentów na nie. Najczęściej, znienacka potrafiła się rozchorować. czułam, że może tak być i tym razem.Całe życie byłam na jej kiwnięcie palcem. Wszystkie sprawy związane z leczeniem, operacjami były na mojej głowie. Woziłam ją do lekarzy, do szpitali, do sanatoriów. Dzwoniłam po kilka razy dziennie, opiekowałam się jak umiałam, szczególnie po śmierci ojca, bo wiedziałam, że jej ciężko samej, że liczy na mnie, bo jestem córką, więc lepiej jej rozumiem niż syn. Brat z bratową też jej pomagali ale ona wolała mnie. Nawet jeździć chciała tylko ze mną w samochodzie, bo mówiła, że ze mną czuje się bezpieczniej, chociaż brat jeździł autem o piętnaście lat dłużej ode mnie i miał lepszy samochód. Od dziecka pozwoliłam mamie się zdominować i całe życie byłam jej podporządkowana, a teraz trudno było to przerwać bez bólu dla niej. Wszyscy mi to powtarzali od lat ale ja wciąż czekałam, że może mama zrozumie i da mi trochę luzu. Było coraz gorzej, a nie lepiej.
Poczułam się podle, jak wyrodna córka, chociaż wszystko się we mnie burzyło. Mama była całkiem sprawna, sama chodziła do sklepu, uprawiała ogródek, gotowała sobie, więc może się obejść beze mnie parę tygodni.
Zadzwoniłam do brata, żeby naradzić się co mam robić. Musiałam opowiedzieć mu o Kubie, bo niewiele wiedział. Brat mnie wyśmiał.
- Siostra - prawie rozkazał. - Ty się nie przejmuj mamą, bo nic się z nią złego nie dzieje. Ma wszystko co potrzeba. Zajmij się sobą, a mama powzdycha i przestanie. Jutro będziemy u niej to wszystko pozałatwiam. Zaraz do niej zadzwonię i ją uspokoję i nagadam. Jak ci Kuba odpowiada, to się go trzymaj, i nie daj mamie po raz któryś mieszać w swoim życiu. Trzymaj się i przywieź tego Kubę w końcu do nas, chcemy go poznać.
- Kochany jesteś Mirciu - szepnęłam do słuchawki.
- Dobra, dobra, staruszko - zaśmiał się. - Tylko mi się nie rozbecz. Zajmij się swoim obolałym chłopem.
Po jego słowach, westchnęłam z ulgą. On zawsze mi dobrze doradzał i on jeden potrafił się mamie sprzeciwić, chociaż ode mnie młodszy. Niech się dzieje co chce, postanowiłam. Zostaję u Kuby ale mu o tym sama nie powiem. Niech mnie poprosi. Jeśli nie poprosi tonie będę się napraszać i pojadę do domu.
Tak jak się spodziewałam, długi sen poprawił samopoczucie Kuby. Obudził się i od razu dopominał się jedzenia, nawet udało mu się już powiedzieć parę zdań.
Rano, kiedy wstałam on już siedział przy desce i kreślił swoje "robaczki".
Antybiotyk działał rewelacyjnie. Obrzęk się zmniejszył i ból też.
Próbowałam go odciągnąć od deski, chociaż na dzień jeszcze ale nie dało rady. Nie tylko chodziło mu o wykonanie pracy w terminie ale o rysowanie w ogóle. Powiedział mi, że on jest bardziej chory kiedy nie trzyma w ręce ołówka czy grafionu i nie siedzi przy desce. Gdyby nie mógł wykonywać tej pracy, to by powoli umierał.
- Kotku - popukałam go w czoło. - To jest ciężka choroba, wiesz? Nazywa się pracoholizm i trzeba to leczyć, bo inaczej sfiksujesz.
Pokręcił przecząco głową i wzruszył tylko ramionami, co miało znaczyć, "co ja na to mogę". Po chwili zaczął szukać papierosów.
- Nic z tego - pogroziłam mu palcem. - Nie ma w domu papierosów. Słyszałeś co powiedziała lekarka, że dopóki nie minie stan zapalny, zero palenia.
Spojrzał na mnie jak na oprawcę. Potem zaczął prosić, chociaż o jednego dymka. Byłam nieubłagana. Ja też nie paliłam, żeby nie robić mu ochoty.
- Ciekawa jestem jak ty wytrzymasz bez papierosów szpitalu - próbowałam mu to uświadomić. - Tam nie wolno palić, wiesz o tym.
- Mhm - mruknął i zabrał się do rysowania.
Śniadanie jadł z wielkim trudem ale już o wiele lepiej było niż wczoraj wieczorem. Nawet kawę wypił, małymi łyczkami.
Cały czas przekonywał mnie, że jak tak dobrze się wszystko goi, to może obejdzie się bez szpitala. Nie chciałam go straszyć i nic się nie odzywałam.
- Kubuś, może zrobiłabym pranie - powiedziałam tak od niechcenia po śniadaniu. - Pościel, ręczniki, ścierki z kuchni, bo nigdzie nie widzę nic na zmianę. Jest ładna pogoda to szybko wyschnie na balkonie, tylko trochę poprzesuwam te rupiecie i rozciągnę sznurek.
- Po co? - żachnął się. - W szafie na górnej półce coś powinno być.
Poszedł i przyniósł dwa komplety pościeli i dwa ręczniki.
Pościel była nieokreślonego koloru i powypalana od papierosów. Ręczniki też jakieś szare bure. Spojrzałam na to i wzdrygnęłam się.
- Kochanie - pokręciłam z dezaprobatą głową. - Nie gniewaj się ale to się nadaje najwyżej na ścierki do podłogi....
- No co ty - oburzył się. - Parę dziurek i na ścierki...Jak chcesz to pierz, tylko w pralce jest pełno brudów...
Uniosłam brwi ze zdumienia, a Kuba poszedł do łazienki. Poszłam za nim.
To co wyciągnął z pralki, przyprawiło mnie nie niemal o torsje. Wszystko było, zapleśniałe, zbutwiałe, a zapach stęchlizny aż dusił.
- Rany boskie - krzyknęłam. - jak długo to leży?
- No...no...chyba od zimy - bełkotał zażenowany. - Nie miałem czasu uprać, tylko dokładałem do pełna, a potem zapomniałem.
- Kotku, do zsypu z tym, bo to zaraza - stwierdziłam zdecydowanie.
- Nie wydziwiaj - powiedział prawie oburzony. - To się da wyprać. Takie dobre rzeczy i do zsypu??
Odwróciłam się na pięcie i wyszłam. Ubrałam się, a kiedy zapytał dokąd się wybieram, powiedziałam, że muszę wyjść na pole bo tu się uduszę od tego smrodu. Zostawiłam go z tymi szmatami i wyszłam. Połaziłam po osiedlu ponad godzinę. Na spokojnie przemyślałam wszystko i wróciłam z mocnym postanowieniem, że jeżeli nie wyrzuci tego i nie kupi nowej wersalki to ja wyjeżdżam, bo nie mam ochoty nabawić się skrzywienia kręgosłupa, a nie mam też ochoty wdychać stęchlizny i roztoczy.
Jakież było moje zdziwienie, po powrocie, gdy zobaczyłam Kubę szorującego pralkę.
- A gdzie twoje skarby? - nie darowałam sobie uszczypliwości.
- Miałaś rację - przyznał mi potulnie rację. - To był prawdziwy syf. Już są w zsypie. Teraz możesz już prać.
Skoro tak, pomyślałam, to zaczynam kuć żelazo, póki gorące.
- Kuba, ja nie dam rady spać dłużej na tej wersalce. Cała jestem poodgniatana i boli mnie kręgosłup. Możesz kupić nową, jeśli ma tu jeszcze kiedyś przyjechać?
To pytanie zaskoczyło go, bo spojrzał na mnie z takim zdziwieniem jakbym domagała się co najmniej złotej karocy. Staliśmy na przeciwko siebie i mierzyliśmy się spojrzeniami. Było to irytujące trochę. Prosiłam go o coś co było niezbędne do wygody i dobrego wypoczynku, a on patrzył i zastanawiał się czy mim ulec, czy bronić swoich racji. Jednak musiał uznać, że nie ma nic na obronę tej pogruchotanej wersalki, bo po chwili uśmiechnął się dobrodusznie i pokiwał głową na znak, że się zgadza.
- Myślałem już dawno o tym ale jak zwykle ciągle w biegu i tak mi schodziło - dodał.
- To co kotku, jak kupię nową wersalkę, to zostaniesz jeszcze? - zapytał nieśmiało.
- Jeśli kupisz, to się zastanowię, a jak ją wypróbuję i będzie mi się dobrze spało, to może zostanę - odpowiedziałam, uśmiechając się tajemniczo.
Kuba podszedł, objął mnie i przytulił mocno. Czułam, że jest to następny etap naszego porozumienia. Nie dlatego, że wyszło na moje ale dlatego, że on zaczynał dostrzegać to, czego do tej pory nie widział, nie miał czasu się zastanawiać, albo potrzeby. Żył na skróty. Byle szybciej i bez dodatkowych balastów.
- Kubuś - powiedziałam delikatnie. - Nie myśl, że ja chcę cię zmuszać czy naginać do swoich wymagań. Nie. Ja chcę, żebyś zaczął żyć tak normalnie, po ludzku, a nie jak w przechowalni. Zasługujesz na to. Przyjemniej się mieszka, gdy wszystko jest uporządkowane, ładne, czyste. Ja rozumiem, że byłeś sam i nie przywiązywałeś wagi do estetyki, do wygody ale zobaczysz jak zmieni się twoje samopoczucie kiedy tu zrobi się ładnie i bardziej funkcjonalnie. Twoje życie do tej pory to było tylko siedzenie przy desce, spanie i jedzenie. Teraz będzie inaczej. Zaufaj mi kochanie.
Ja mówiłam, a Kuba tulił mnie i tylko co jakiś czas kiwał potakująco głową. Na koniec popatrzył mi w oczy i powiedział to na co od dawna czekałam.
- Skarbie, wiem, że chcesz dobrze. Tylko pamiętaj, mów mi wprost co ci się nie podoba, bo ja nie umiem się domyślać, a nie chcę żebyś czuła się źle ze mną i u mnie. Ty jesteś kobietą, inaczej patrzysz na wszystko.
- A będziesz się zgadzał ze mną? Nie będziesz mówił, że wydziwiam, co? - odbiłam piłeczkę już bardziej żartobliwie niż poważnie.
- No jasne - odparł. - Przecież ty zawsze masz rację.
Ale mi ulżyło, aż sobie głośno westchnęłam, co Kuba skomentował jednoznacznie.
- To jesteśmy umówieni. Po obiedzie jedziemy po wersalkę.
Moje oczy zrobiły się jak pięć złotych. Nic więcej nie powiedziałam, bo cóż tu było do mówienia. On nie wiedział, że ja już wybrałam wersalkę, gdy byłam na spacerze przed godziną. W sklepie nieopodal, czekała zgrabna, wygodna i duża wersalka i wcale nie taka droga.
Z tego wszystkiego zapomniałam mu dać aparaty, które kupiłam ale po zastanowieniu się uznałam, że zostawię to na kiedy indziej. Będzie jeszcze okazja ku temu. Z radością zabrałam się za obiad, podśpiewując wesolutko. Miałam z czego się cieszyć. Kuby stan poprawiał się z godziny na godzinę. Mógł już mówić, pracować, jeść. Po obiedzie jedziemy kupić nową wersalkę, może i na nową pościel go namówię i na coś jeszcze, na przykład talerze, filiżanki... Jak tu się nie cieszyć.
Z nim trzeba powoli, a zdecydowanie i bez przesady. Tego już zdążyłam się nauczyć.
W życiu jednak musi być jakaś równowaga. Przynajmniej w moim. Wiem to już z doświadczenia. Kiedy zaczyna mi się dobrze coś układać, to wiem, że za rogiem czeka jakiś pech, żebym nie oszalała ze szczęścia. I tak było tym razem.
Kiedy kończyłam obiad zadzwoniła moja komórka. Na wyświetlaczu pokazał się nieznany mi numer, a w słuchawce głos mojej córki. Ale nie taki radosny ja zawsze, tylko jakiś smutny, niemal płaczliwy. Od razu poczułam dziwny ucisk sercu.
- Córcia, co się stało? - spytałam zaniepokojona.
- Mamo wracam do domu - odpowiedziała i rozpłakała się. - Mamuś tylko nie mam za co - mówiła płacząc.
- Jak to wracasz i nie masz za co? - pytałam zdezorientowana.
- Nic wam się nie stało, nie skrzywdził was? - dopytywałam.
- Nie, jesteśmy całe i zdrowe.
- Chwała Bogu - jęknęłam ale już spokojniej.
Wyjechała z koleżanką do pracy w pensjonacie u jej narzeczonego w Kalabrii, pod koniec marca i miała wrócić we wrześniu. Chciała sobie zarobić na spłacenie rat za meble i sprzęt audio-wideo i na studia zaoczne na historii sztuki w Krakowie, od przyszłego roku. A teraz mi mówi, że wraca i nie ma na podróż. Aż mi się w głowie zakręciło.
- Mamo - ciągnęła dalej - okradli nas. Nie mamy z Wiolą nic, tylko to w czym jesteśmy. Pieniądze, biżuterie, ubrania wszystko zabrali.
- Rany boskie dziecko - krzyczałam do słuchawki. - Kto was okradł, ile pieniędzy?
- Narzeczony Wiolki. Mnie dziesięć tysięcy na złotówki a Wioli więcej.
Wszystko ci opowiem jak wrócę, tylko zapłać mi powrotny bilet w agencji, w której kupowałam, tu podała nazwę firmy turystycznej i wytłumaczyła co i jak załatwić, a także podała numer telefonu jakiejś znajomej Polki, u której się zatrzymały.
Usiadłam jak rażona piorunem. Biedna córcia. Tak się cieszyła na ten wyjazd, uczyła się włoskiego. Takie miała plany. Ciężko pracowała przez tyle miesięcy i wraca z niczym.
Kuba podszedł i patrzył na mnie nie wiedząc co się stało.
Nie byłam w stanie nic mówić, tylko ocierałam wierzchem dłoni łzy, które same płynęły jak ze źródełka.
- Grazia, co się stało? Czemu skarbie płaczesz? - pytał prawie szeptem.
- Kubuś - mruknęłam. - Nie teraz, potem powiem - i rozryczałam się w głos. Nie mogłam dłużej dusić żalu i nerwów...
- Kubuś, dobrze, że jesteś ze mną - szlochałam w jego ramionach.

Kuba stał bezradny obok i tulił mnie,

głaskał po głowie, po twarzy, a ja wyłam jak syrena strażacka.

Od paru dni byłam zmęczona, nie wyspana, poirytowana rozmową z mamą, a teraz ten telefon...

Wyobrażałam sobie, co teraz czuje moja córka.

Ksenia jest mądrą, odważną dziewczyną. Stąpa twardo po ziemi i nigdy nie ulega skrajnym emocjom.

Od dawna nie widziałam u niej łez, a teraz siedzi tam, dwa i pół tysiąca kilometrów od domu, roztrzęsiona i płacze ze złości, z rozpaczy.

Powinnam być przy niej, wesprzeć, pocieszyć jak przystało na matkę, a ja tu siedzę i nie mogę nic zrobić.

Jechała do Włoch taka radosna, pełna nadziei na zarobek, na poznanie nowego kraju, ciekawa wrażeń i ludzi.

A tu masz, ma wrażenia jak cholera i ciekawych ludzi, aż do bólu...Co za bydlak ten narzeczony Wioli. One tam są bezradne, bez żadnych praw, bo pracowały na czarno.

Znikąd pomocy. Dobrze, że chociaż jakaś litościwa polska dusza zajęła się nimi.
Dziesiątki myśli kotłowało się w mojej głowie, a łzy zamiast ustawać lały się ciurkiem.

Rozłożyłam się kompletnie.

Może gdybym była sama, to zaklęłabym siarczyście, walnęła pięścią w stół i byłoby lepiej, a tak, przy Kubie poczułam się bezradną istotką i to jego pocieszanie rozczuliło mnie jeszcze bardziej.

Dawno nikt mnie tak nie pocieszał, nie ocierał łez. Chyba w dzieciństwie, babcia, mama.
Kiedy się wreszcie trochę uspokoiłam, Kuba zapytał.
-Chcesz coś mocniejszego, na rozluźnienie?
- A masz coś? -spojrzałam zdziwiona, bo nigdzie nie natknęłam się na alkohol.

Miałam ochotę na drinka, a nawet na więcej. Byłam rozdygotana, a żołądek zaczął mi podskakiwać jak piłeczka pingpongowa.

Rzadko tak mam ale teraz mnie dopadło. Nie przewidziałam takich sensacji inie zabrałam z sobą żadnych tabletek rozkurczających. Jedynie alkohol mógł pomóc.
- Zawsze coś mam - mruknął i zniknął w swojej pracowni.

Po chwili przyniósł butelkę czystej wódki. Na sam widok, otrzepało mnie , bo nie piję takiej czyściochy ale miałam ochotę na drinka, więc nie było sensu wybrzydzać.

Nalał mi do szklani solidną dawkę, dorzucił parę kostek lodu i plasterek cytryny.
- Może być - przyznałam po skosztowaniu, po czym łapczywie przyssałam się do szklanki.

Czułam jak lodowaty, palący płyn spływa do żołądka i rozchodzi się na wszystkie strony. Gdy zobaczyłam dno szklanki mój zbuntowany żołądek był już wystarczająco znieczulony.

Odetchnęłam z ulgą.

-Lepiej? - zapytał Kuba, trzymając w ręku butelkę w pogotowiu.

- Dzięki - odstawiłam szklankę. - Już całkiem dobrze.

Nie nalewaj więcej, bo to i tak końska dawka dla mnie, na jeden raz. Teraz pewnie zaraz zasnę, a przecież obiad miałam podawać, chociaż już odechciało mi się jeść. Nałożę tobie i położę się.

Wstałam, żeby to zrobić ale Kuba wziął mnie za rękę, podprowadził do pokoju i posadził na wersalce.

- Połóż się, ja sam sobie wezmę, a potem usiądę do deski - zdecydował.

- Chyba dzisiaj odłożymy zakup wersalki, co? - zwrócił się do mnie.

- Jutro z samego rana pojedziemy. Teraz się prześpij. Wieczorem mi wszystko opowiesz, na spokojnie.

-Kubuś, ja mam coś ważnego załatwić.. - próbowałam mu powiedzieć o bilecie dla córki ale zrezygnowałam, bo i tak muszę najpierw do niej zadzwonić i wszystkiego szczegółowo się dowiedzieć. Dopiero potem poszukam agencji turystycznej......

Nie dokończyłam myśli, bo ogarnął mnie całkowity luz, bezwład. Przyjemne ciepełko rozlewało się po całym ciele.

Było mi już dobrze, spokojnie. Kubuś nakrył mnie tą paskudną derką-kocem i nawet nie protestowałam.

Było mi wszystko jedno, byle tylko zasnąć jak najszybciej, uwolnić się od koszmarnych myśli, chociaż na parę godzin.

Obudziłam się chyba w środku nocy. Miałam potworne pragnienie. Zwlokłam się z wersalki i poszłam do kuchni.

Wzięłam butelkę z mineralną i wracając do pokoju zerknęłam do Kuby. Biedak ślęczał jeszcze przy desce.

- Rany Julek! -krzyknęłam, zerkając na stojący na biurku budzik. - To już piąta? Tyle godzin spałam, a ty wciąż tutaj? - zarzucałam go pytaniami.

- Czemu mnie nie obudziłeś? Jadłeś kolację? Brałeś leki?

- Kotku - Kuba podszedł do mnie. - Nie panikuj, wszystko jest w porządku. Jadłem, trochę się obok ciebie zdrzemnąłem, wziąłem leki.

Zaraz ci zrobię kawę i ja się z tobą napiję, a potem dalej będę rysował, bo mam już niewiele, a ty się jeszcze połóż. Do obiadu skończę i będę do twojej dyspozycji.

Powiedział to tak swobodnie, lekko, jakby sam czekał na trochę wolności od deski.

Ucieszyłam się, bo po raz pierwszy to nie ja odciągałam go od pracy. Pomyślałam, że miał już powyżej uszu tego projektu. Chciał się go jak najszybciej pozbyć.

Ja nie dałabym rady ani godziny wysiedzieć nieruchomo i precyzyjnie kreślić grafionem te "robaczki".

Dla mnie to gorsze niż wyrok.

Widocznie nie wszyscy nadają się do takiej roboty. Ja na pewno nie.

- Skoro o wszystkim pomyślałeś, to ja się teraz trochę ochlapię, potem zrobię kawę, opowiem ci o wczorajszym telefonie i dam ci spokój, a sama pójdę się przejść, to mi dobrze zrobi, bo...

Zanim skończyłam zdanie Kuba sięgnął po moją komórkę i podając mi, powiedział.

- Graziu, w nocy dzwoniła twoja komórka ale wyłączyłem ,bo nie chciałem cię budzić. Może to jakaś pomyłka - mówił zadowolony z dobrego uczynku, a mnie od razu przyszła na myśl córka. Spojrzałam na rejestr połączeń nieodebranych i już po numerze zorientowałam się , że to od córki.

To był numer, który mi podała.

- Kubuś - jęknęłam i miałam już na końcu języka "jak mogłeś mnie nie obudzić"ale zrezygnowałam, bo przecież on nic nie wiedział. Mógł przecież odebrać i zapytać kto i w jakiej sprawie.

No tak, mógłby, gdyby umiał obsługiwać komórkę. I tak mu się udało wyłączyć, to już sukces, uśmiechnęłam się pod nosem.

- Coś poważnego - zapytał z miną chłopca czekającego na burę. - Gdybym wiedział, że czekasz na telefon, to...

- Nie, daj spokój. W porządku - uspokoiłam go. - Idę do łazienki, potem przy kawie opowiem ci wszystko...

Po prysznicu poczułam się jak boginka. Rześka, lekka i z innej perspektywy spojrzałam na problem córki.

Doszłam do wniosku, że skoro im nic nie jest to nie ma o co szarpać sobie nerwów. Mój Ksymuś będzie miał nauczkę na przyszłość. W końcu nie jest nastolatką tylko ma już dwadzieścia cztery lata.

Przez te parę miesięcy, kiedy była we Włoszech ja płaciłam za nią raty, które miała mi zwrócić po powrocie. Teraz, zanim wróci i podejmie pracę, dalej będę płacić.

Trudno, taki los matki. Planując wyjazd, mogła założyć konto walutowe i nie byłoby problemu. Namawiałam ją ale ona jak zwykle, mądrzejsza.

To teraz już będzie wiedzieć kogo słuchać. Żadna to dla mnie i dla niej pociecha ale na błędach trzeba się uczyć.

Przy kawie opowiedziałam Kubie to, czego dowiedziałam się od Kseni.

Był tak zszokowany i zmartwiony, że aż się zdziwiłam. W głowie mu się nie mieściło, że można komuś zabrać pieniądze, ubranie, osobiste rzeczy i to tyle pieniędzy i zostawić w obcym kraju na ulicy. Mówił, że czytał o takich zdarzeniach ale nie dawał temu wiary, a teraz już wierzy.

- No to na co czekasz? - ponaglał mnie.

- Dzwoń, bo ona tam na pewno czeka.

Wzruszył mnie tą troską o moją córkę i przejęciem się całym zdarzeniem. Teraz on był roztrzęsiony, bo palił papierosy jeden za drugim i co chwilę kręcąc głową, mruczał po nosem;

- a to drań, kulki szkoda na takiego, gdybym go dorwał to...

- Kubuś - zaczęłam powoli i ostrożnie. - Myślę, że nici z naszych planów, bo jeśli opłacę Kseni i Wioli powrót, to ona jutro, góra pojutrze będzie w domu, a ja mam klucze od domu i chcę być przy niej. Będę jej teraz potrzebna.

Po moich słowach Kuba gwałtownie wstał i wyszedł do pracowni. Długo nie wracał. Nie wiedziałam co mu się stało.

Nie chciałam pytać, bo tak jakoś zrobiło się drętwo. Nie może mieć do mnie pretensji, że chcę jechać do domu.

Dziecko jest dla mnie najważniejsze, przecież to normalne. Dla mnie tak ale czy dla niego też? Przecież dla niego dziecko, to tylko puste słowo, dotarło do mnie.

Musi się przyzwyczaić,trudno.

Po chwili wszedł Kuba i od progu zastrzelił mnie swoim pomysłem.

- Kotku, no dobra, jedź do domu ale za parę dni wrócisz, prawda?

- Nie rozumiem, dlaczego? - uniosłam brwi, a moja mina zbiła go z tropu.

- No..no bo jeszcze masz tyle urlopu, a córka sobie już da radę jak będzie w domu, a ja przecież mam iść do szpitala....obiecałaś, że będziesz przy mnie...

Zamrugałam oczami i wybuchnęłam śmiechem. Kuba patrzył na mnie i miał coraz bardziej zakłopotany wyraz twarzy.

- Kuba - uniosłam się. - Ty chyba nie mówisz poważnie? Uważasz, że jak już będzie w domu to wszystko będzie super.

Dziewczyna po takiej traumie ma sama siedzieć i skręcać się z żalu, a ja będę tutaj i będę rozdwojona między nią, a tobą.

Chyba nie mówisz poważnie?! - podniosłam głos, bo zaczynało mi się to nie podobać.

- Czterysta kilometrów w jedną stronę, teraz na powrót drugie tyle i ponownie powtórka z rozrywki?

Coś ci się przywidziało kotku - zakończyłam i odwróciłam się do okna.

- Przecież to już nie jest małe dziecko - zaperzył się. - To dorosła kobieta. Inne w jej wieku już mają rodziny, dzieci, a ty ją chcesz niańczyć.

- Kuba - nie wytrzymałam. - A co ty wiesz o dzieciach? Poza tym, miałeś rodziców, to chyba martwili się o ciebie, troszczyli, pomagali w potrzebie, co?

Chyba pamiętasz swoje dzieciństwo i młode lata?

Spuścił głowę i milczał. Nie wiedziałam czy się obraził, czy intensywnie myśli.

Wyglądało na to, że myśli. Miał zwyczaj długo milczeć zanim odpowiedział na jakieś trudne, czy kłopotliwe pytanie.

Czasem trzeba było siłą wyciągać z niego odpowiedź, słowo po słowie. W błahych sprawach to był bardzo rozmowny ale w poważniejszych tematach, a szczególnie dotyczących bardziej osobistych spraw, czy poglądów, był niekomunikatywny.

Dlatego mało rozmawialiśmy o jego rodzinie, o jego przeszłości. W dalszym ciągu niewiele o nim wiedziałam. Tak, tylko trochę, piąte przez dziesiąte. Żadnych szczegółów.

Wrócił do pokoju i widząc moje poirytowanie, przeprosił.

- Nie złość się Graziu. To nie tak miało zabrzmieć. Wiesz, że ja nie umiem za dobrze wyartykułować swoich myśli.

Masz rację, nie miałem dzieci, nie mam pojęcia o troskach, opiece, bo mnie też nie rozpieszczano w domu.

Ojciec był głową domu, od małego gonił nas do roboty i nigdy nie spytał czy coś boli, czy dajemy radę, czy chce nam się jeść. Dla niego najważniejsza była praca. Od świtu do nocy.

Nawet przyłożyć potrafił jak się ociągałem, albo rano nie chciałem wcześnie wstać. Całe wakacje robiłem z ojcem w polu albo przy budowie drewnianych domu w okolicy, od małego dziecka aż do matury.

- A matka? - cicho spytałam.

- Mama była inna ale też musiała robić wszystko sama w domu, bo ojciec był ciągle zajęty.

Mama nie miała nic do powiedzenia. Ojciec decydował o wszystkim, a mama i my musieliśmy się go słuchać.

- Kubuś, nie przytulił cię nigdy, nie powiedział miłego słowa, pochwały?

Zamiast odpowiedzi pokręcił przecząco głową i zobaczyłam jak mu zaczęły drżeć wargi.

- Kochanie - przytuliłam się do niego - to ja przepraszam. Nie wiedziałam, że byłeś pozbawiony dzieciństwa. Matka na pewno cię przytulała jak byłeś mały, może nie pamiętasz?

- Pamiętam. Może parę razy, skrycie przed ojcem.

Matka była bardzo posłuszna ojcu. On nie wtrącał się do wychowania sióstr ale nas miał pod swoją opieką, bo uważał, że mamy wyrosnąć na twardych i pracowitych chłopów, takich jak on.

- Kochanie - spytałam. -Kochałeś ojca?

Popatrzył na mnie, jakby we mnie szukał odpowiedzi i smutnym głosem wyznał.

- Nie wiem. Bałem się go, potem szanowałem za uczciwość, za pracowitość i za to że łoży na moje wykształcenie. I to chyba wszystko.... Zawiesił głos. Przytulił się do mnie i ciężko westchnął.

- Widzisz jaki wybrakowany jestem.

W jego głosie był żal, gorycz i smutek.

Nie bardzo wiedziałam co mu odpowiedzieć.

Słuchając go, zdałam sobie sprawę, z przyczyny jego ograniczeń i tych dziwnych nawyków, które tak mi zawsze przeszkadzały.

Nawet wtedy gdy byliśmy młodzi ale tamten czas był inny, przesycony miłością, namiętnością i te jego odmienności nie rzucały się tak się w oczy.

Ta chorobliwa wręcz pracowitość, oszczędność, skromność w ubiorze, mieszkaniu są jego dziedzictwem. Spadkiem po ojcu.

Jakież to smutne, pomyślałam i chciałam jeszcze więcej porozmawiać, bo Kuba wyraźnie się otworzył ale nie dane mi było, bo rozdzwoniła się moja komórka.

Zostawiłam Kubę zadumanego i podbiegłam do stołu po komórkę. To dzwoniła córcia. Nie wiedziałam co usłyszę ale moje"słucham" zabrzmiało normalnie, bez lęku, jakbym przeczuwała, że będzie dobrze. I tak było.

Ksenia dzwoniła z dobrą nowiną. Otóż mąż tej Polki, rodowity Włoch i mający spore koneksje w środowisku, gdy usłyszał o ich perypetiach, pojechał do tego drania i w sobie tylko wiadomy sposób, odzyskał wszystko co należało do Wioli i córki.

Dziewczyny były przeszczęśliwe, bo nie tylko odzyskały pieniądze, garderobę i wszystkie drobiazgi ale ci nowi znajomi zaproponowali im pracę u siebie i mieszkanie.

Ksenia miała zająć się matką tegoż Włocha, osobą bardzo miłą ale niepełnosprawną, a Wiola dostała propozycję sprzątania ogromnej wilii.

Pracy będzie dużo, mówiła córka ale zarobki świetne i warunki rewelacyjne, nie to co u tego Antonia.

- Też na czarno? -spytałam.

- Mamo, a jak inaczej - usłyszałam. - Załóż sobie konto walutowe, to będę posyłać pieniądze i już się nie martw, bo wszystko jest w porządku.

- To dobrze, dziecko, że nie spieszyłam się z opłaceniem biletu dla was. Miała bym pięć stów w plecy.

- Dzwoniłam w nocy, żeby cię uprzedzić ale nie odbierałaś, a stacjonarny też milczał - dociekała córka. - Gdzie ty się podziewasz?

- Dobrze już Kseniu - wyłgałam się, bo nie chciałam przez telefon opowiadać jej o moich wojażach.

- Słoneczko, a powiedz mi jeszcze jak poznałyście tę Polkę, czy to nie jakaś pułapka - próbowałam wysondować, bo wydało mi się to dziwne. - Może oni też was wykorzystają, nie boisz się?

- Mamo - obruszyła się moja latorośl. - Jak możesz!

To bardzo dobrzy ludzie. On zna doskonale Polskę, a ona pochodzi z Pszczyny, to niedaleko od babci .

Byłyśmy z Wiolką w kafejce w Regio, na kawie u znajomej kelnerki, bo jak się dowiedziała co nam się przytrafiło, to nas zaprosiła na kawę i tam przy stoliku wyżalałyśmy się i ja się popłakałam.

Obok siedziały dwie panie, jedna młoda , a druga starsza na wózku inwalidzkim. Ta młoda podeszła do nas bo usłyszała polską mowę i zainteresowała się czemu ja płaczę.

Postawiła nam po ciachu i zabrała do domu. A kiedy usłyszała, że mam babcię w Czechowicach to się sama wzruszyła. I to wszystko.

- No to cieszę się córciu, że są jeszcze dobrzy ludzie. Uważajcie na siebie i zadzwoń za parę dni.

Tylko na komórkę, bo jest ładna pogoda to siedzę w ogrodzie albo będę u babci. Pozdrów tę panią ode mnie.

Pocyganiłam trochę ale i tak jej powiem prawdę gdy przyjedzie.

Nie lubię delikatnych, osobistych spraw opowiadać przez telefon.

- Ufff... już po strachu - odsapnęłam siadając na wersalce. - Kubuś, wracamy do dawnego planu.

Opowiedziałam to czego dowiedziałam się od córki i od razu poprawiły nam się humory.

Kuba zabrał się do rysowania, ja do przygotowania późnego śniadania, a potem do obiadu.

Niewiele miałam do roboty, bo został wczorajszy obiad, więc tylko doprawiłam, podgrzałam i po obiedzie wyruszyliśmy po wersalkę. Tej, którą wczoraj wybrałam już nie było.

Inne nam się nie podobały. Sprzedawca podał nam dwa adresy meblowych sklepów, gdzieś na nowym osiedlu. Pojechaliśmy tam. Wybór był ogromny. Nie ma nic gorszego dla kupujących jak możliwość wyboru. Można dostaś oczopląsu i nogi uchodzić.

Ja byłam zdecydowana na dwa modele, a Kuba nie mógł podjąć ostatecznej decyzji.

Wybierał, przebierał, sprawdzał sprężyny, obudowę, siadał, kładł się, że zaczęło to już denerwować nie tylko mnie ale i personel sklepu. W końcu zdecydował się na solidną, typową wersalkę z dużą skrzynią na pościel i brzydkim według mnie obiciem.

Ja chciałam obicie kolorowe, w stylizowane bordowe róże, na popielatym tle, a on uparł się na jednokolorowe, ciemnobrązowe.

- Ciemne będzie praktyczniejsze - tłumaczył po swojemu. - Nie takie brudliwe.

Acha, pomyślałam, to już wiem o co chodzi. Ma być trwała, na wieki i nie brudząca się. I nie rzucająca się w oczy. To w jego stylu.Tak samo się przecież ubiera. Szarości, burości i czerń.

- Niech będzie jak chcesz - burknęłam zrezygnowana.

Przecież to jego mieszkanie. Można kupić kolorową narzutę i będzie po mojemu. Nie będę się spierać o kolor obicia. Ważne, że będzie nowa wersalka. To i tak już duży postęp. Poddałam się w kwestii wersalki, bo nie chciałam denerwować Kuby, ponieważ zamierzałam go naciągnąć na kupno garnków, talerzy i filiżanek do kawy.

Wersalka miała być dostarczona o osiemnastej więc mieliśmy jeszcze trochę czasu, żeby zapuścić się do marketu, po resztę zakupów. Znając już nadmierną oszczędność Kuby, wybrałam trzy niedrogie, nierdzewne garnki i solidną teflonową patelnię oraz dwa zestawy obiadowe i na koniec już trochę z jego oporami, dwa komplety delikatnych filiżanek do kawy. Protestował przeciw kolorowym filiżankom. Chciał białe, bo takie powinny być jego zdaniem.

- No dobrze - zgodziłam się.

- Dla ciebie będzie biała a dla mnie kolorowa, bo ja w białej nie będę piła kawy.

Wiedziałam jak go podejść, znając jego zamiłowanie do symetrii, dokładności i jednolitości. I nie pomyliłam się.

- Niech już będą kolorowe - odpuścił.

- Jak to będzie wyglądać, każde w innej filiżance będzie pić?

Obładowani, wróciliśmy do domu i zaraz Kubuś zażyczył sobie kawę w nowych filiżankach.

Kiedy postawiłam filiżanki z kawą na stole, pooglądał je z bliska, z daleka i przyznał mi rację.

- Ładne - przytaknął. - Masz dobry gust. Czerwone w białe kwiatuszki...tak weselej się zrobiło na stole.

- I kawa lepiej smakuje, spróbuj - zachęcałam. - To nie to co w szklance.

Smakował kawę, oglądał filiżankę jeszcze parę razy i cieszył się jak małe dziecko zabawką.

Uśmiechałam się w myślach, patrząc na te jego zachwyty. Lubiłam widzieć go zadowolonego, uśmiechniętego.

Tylu rzeczy jeszcze nie widział, nie korzystał z nich i nawet nie wie jak potrafią umilić i usprawnić życie na co dzień.

Nawet nie narzekał, że tyle kasy wydał. To było niespotykane, bo zawsze dbał o wydatki i wielu rzeczy nie kupił ze względu na swoją oszczędność, jak mi opowiadał.

Teraz może załapie się na nowości, miałam cichą nadzieję. Może doczekam się dnia kiedy sam coś zechce kupić, bez moich nagabywań? To będzie wielkie święto.

Po wypiciu kawy ochoczo zabraliśmy się do demontowania wersalki.

Ja na pewno ochoczo, a Kuba chyba trochę z oporami.

Stał nad tym rupieciem i co chwilę jojczał, że całkiem jeszcze dobra i pójdzie już na śmietnik.

- Pierwszy mój zakup do tego mieszkania - trząsł się przy rozkręcaniu. - Dwadzieścia osiem lat mi służyła. To połowa mojego życia.

Nie wtrącałam się do jego czułych szeptów z wersalką, bo nic by to nie dało.

Widziałam, że mu żal i gdyby nie ja to pewnie spał by na niej do samej śmierci.

A nie wpadł na to, że budzi się co rano i narzeka na ból w kręgosłupie i na pewno to zasługa jego "ukochanej".

Kiedy już ją porozkręcał, wpadł na pomysł, że wyrzuci tylko górę, bo obudowa skrzyni jest z drewna i szkoda dobrych, zdrowych desek wyrzucać do śmieci.

Na pewno mu się do czegoś przydadzą.

Stanęło na tym, że windą zjechała góra, do pakamery z kontenerem na śmieci, a deski do piwnicy.

Miejsce po wersalce wymyłam, przetarłam ścianę i czekaliśmy na dostarczenie nowej.

Minęła osiemnasta, a wersalki nie było.

Trochę nas to zaniepokoiło.

Patrzyliśmy na siebie i chyba o tym samym pomyśleliśmy, co będzie jak nie przywiozą?

W tej samej chwili zadzwonił telefon. Kuba podniósł słuchawkę i po chwili zobaczyłam jak mu poczerwieniała twarz i usłyszałam groźne pomruki.

Potem trzasnął słuchawkę na widełki i sapał jak rozjuszony buldog. Po raz pierwszy widziałam go w wersji hard.

Aż mi ciarki przeleciały po plecach.

- Kuba, co się stało? - zaryzykowałam pytanie.

Zamachał rękami i wycedził przez zęby.

- Szlag by to trafił. Będziemy spać na podłodze.

- Jakim cudem? - spytałam.

- Ano takim - mówił, z trudem łapiąc powietrze - że meblowóz się rozkraczył koło ronda, a nie mają innego samochodu.

- A co nas to obchodzi, to niech w rękach przyniosą jak obiecali - teraz ja się wkurzyłam. - Daj mi fakturę.

- Po co ci faktura? - spytał ale po chwili wydobył ją z torby.

Znalazłam numer telefonu do sklepu i zadzwoniłam.

Odebrał sam kierownik. W kilku zdaniach zreferowałam mu sytuację i oświadczyłam, że jeśli do pół godziny nie będzie wersalki w domu, to zamawiam prywatny transport,

a kosztami obciążę sklep, bo nie mam zamiaru spać na podłodze, a zresztą na fakturze jest adnotacja o bezpłatnym dostarczeniu towaru przez placówkę handlową pod wskazany adres.

Zapadło milczenie po drugiej stronie i za chwilę usłyszałam; wersalka będzie przed dziewiętnastą.

- To rozumiem - skwitowałam z satysfakcją w głosie. - Dziękuję i do widzenia.

Kuba patrzył na mnie z rosnącym podziwem i już nie sapał. A ja wypięłam dumnie pierś.

- Order proszę! - zawołałam ze śmiechem.

- Jesteś niesamowita - usłyszałam pochwałę i na moim policzku wylądował siarczysty całus.

- Ja bym na to nie wpadł. A nawet gdybym wpadł to nie miałbym odwagi się upominać. Masz tupet.

- To nie tupet skarbie, tylko asertywność. A pamiętasz jeszcze z czasów Peerelu, takie hasło; "nasz klient, nasz pan"?

- Pamiętam - mruknął.

- Ono jest dzisiaj jeszcze bardziej aktualne. Mamy przecież demokrację.

Nasze dywagacje przerwał dzwonek domofonu. To dzwoniła nowa wersalka. Za chwilę stała już na miejscu swego przeznaczenia i nawet całkiem sympatycznie się prezentowała.

Kuba usiadł i próbował jej sprężystości,

potem pociągnął mnie za rękę, a kiedy znalazłam się w jego objęciach szepnął mi do ucha.

- To co kotku, wypróbujemy?

- Oczywiście kotku, czekałam na to.....
Próba wypadła znakomicie.
Wersalka pojękiwała z zachwytu, szczęśliwa, że mogła być nareszcie właściwie używana.

Wszystko zaczęło się układać pomyślnie dla mnie i dla Kuby. Dla nas. To co jeszcze parę dni wstecz wydawało się nie osiągalne i trudne, teraz było już tylko wspomnieniem. Leżałam wygodnie, w nowej, pachnącej pościeli i uśmiechałam się sama do siebie. Kuba nawet nie zauważył, że zmieniłam pościel, na nowiutką, kolorową z milutkiej kory, którą kupiłam wczoraj, gdy on badał wytrzymałość wersalek. Zastanawiałam się dlaczego nie zauważył. Czy dlatego, że tak dotkliwie przeżywał rozstanie ze swoją starą wersalką, czy z zachwytu nad nową, czy też on w ogóle nie przywiązywał wagi do wyglądu i kolorów tego co w jego otoczeniu, chociaż żółciutkie słoneczniki na powłoczce, aż biły po oczach .

Chyba to ostatnie albo wszystko po trochu. W każdym razie nareszcie spaliśmy wygodnie i ani ja, ani on nie narzekaliśmy, po przebudzeniu na jakiekolwiek dolegliwości. Te moje poranne rozmyślania przerwał Kuba, przynosząc do pokoju kawę i dwie apetyczne drożdżówki z serem.

-Kubuś, ty już byłeś w sklepie? - zdziwiłam się siadając i robiąc mu miejsce przy sobie. - Musiałeś wcześnie wstać, nawet nie słyszałam...

-Tak smacznie spałaś, że nie miałem serca cię budzić - powiedział uśmiechając się. - Muszę ci przyznać rację, co do wersalki. Dawno mi się tak dobrzenie spało. Ani raz się nie przebudziłem i nic mnie nie gniotło po kościach.

- A widzisz, teraz już wiesz, że ja nie kaprysiłam, tylko miałam konkretny powód - przytaknęłam mu z radością, bo jego słowa utwierdziły mnie, że będzie się liczył z moim zdanie i w innych sprawach. A bardzo mi na tym zależało.

Po śniadaniu jeszcze trochę pobyczyłam się w pościeli, przejrzałam codzienną gazetę, którą Kuba przyniósł i wypoczęta, zadowolona z tak dobrze rozpoczętego dnia, usiadłam z kartką w ręku, żeby spisać co jeszcze jest do zrobienia, tak na już. Chciałam wykorzystać swoją obecność i doprowadzić to mieszkanie do "ludzkiego"wyglądu, tak abym następnym razem, gdy przyjadę, nie musiała natykać się na każdym kroku na jakieś szpargały i paskudztwa.

Zdecydowałam, że na pierwszy rzut pójdzie balkon. Już widziałam oczyma duszy, piękny, uprzątnięty balkon, z ładną wykładziną zmywalną zamiast tego szarego betonu, ze skrzynkami pełnymi kolorowych kwiatów, ze stoliczkiem przy którym można będzie wypić poranną kawę.....a wieczorkiem, przy księżycu lampkę wina, lub piwo, i w ciągu dnia siebie , na leżaku z książką na kolanach.

- Och, ale się rozmarzyłam - mruknęłam cichutko. - Dla mnie to proste, tylko co Kubuś na to.Uprzątnięcie balkonu to raz, a dwa to kupno wykładziny, skrzynek, ziemi, kwiatów, stolika i leżaka, ojjoj joj..ile tego. Jak przekonać go bezboleśnie? Oto jest pytanie.



Nie wiem czy to przypadek, czy dobry los mi sprzyjał, bo za chwilę rozległ się dzwonek u drzwi. Kuba otworzył komuś i zrozumiałam z urywanych słów, że rozmowa była o balkonie. Zaciekawiona, zapytałam potem, o co to chodziło, a on z markotną miną wyjaśnił, że od jutra firma remontuje balkony i pan z naprzeciwka, który pracuje w administracji, przyszedł poinformować, żeby na rano przygotować balkon. Kuba nie był na ostatnim zebraniu mieszkańców, w tej właśnie sprawie i nic nie wiedział o remontach. Widziałam, że nie jest zadowolony, bo będzie musiał rozstać się ze swoimi "skarbami", a przecież do mieszkania ich nie wniesie.

-Też nie mieli kiedy zabrać się za remont balkonów, tylko już jutro?! - mruczał pod nosem. - Muszą to zaczynać od góry?!

- Kochanie, a co to za różnica? - spytałam. - Na już czy na później i tak trzeba posprzątać.

Nie dałam poznać po sobie, że się bardzo cieszę i że z chęcią skakałabym z radości. O to mi przecież chodziło. Nie będzie już marudzenia, tylko trzeba się brać do roboty od zaraz, a ja mam z głowy przekonywanie go. Cudowny dzień się zaczął, śpiewała moja dusza.

- No, kotku, to nie ma na co czekać, tylko bierzmy się... - zaczęłam tak od niechcenia. - Skoro takie polecenie Spółdzielni, to nie masz wyboru. Pomogę ci i szybko się z tym uporamy.

Kuba zapalił papierosa i wyszedł na balkon. Minę miał jak skazaniec. Siedziałam na krześle, udając, że przeglądam gazetę ale kątem oka bacznie obserwowałam jego poczynania. Patrzyłam jak "bije"się z myślami, jak ogląda, obmacuje i co chwilę kręci głową. Pewnie gdyby był sam to kląłby jak szewc. Przy mnie zawsze był nad wyraz ugrzeczniony, czasem wyrwała mu się jakaś "cholera" albo "psiakrew"i nic więcej.

-Pomożesz mi? - usłyszałam z balkonu.

-Co mam robić? - poderwałam się ochoczo. - Rozkazuj wodzu. Jestem zwarta i gotowa. - zażartowałam ale jemu nie było do śmiechu. Popatrzył na mnie, pokiwał głową i z niechęcią schylił się po narty.

-Tyle lat na nich jeździłem, a teraz? ....- jęknął.

- Kuba - wtrąciłam swoje trzy grosze. - One są całkiem wykrzywione, już na nich nie pojeździsz. To szmelc.

-Pewnie i tak - skapitulował. - Zresztą, już od paru lat nie byłem na nartach. Powiedział to z takim smutkiem w głosie, że aż mi się go zrobiło żal. Narty, to była jego druga pasja poza pracą i szachami. Pamiętałam z dawnych czasów, jak nieraz zimą znikał na parę dni, do Szczyrku albo do Szklarskiej Poręby i wracał szczęśliwy, odmieniony, pełen energii i zapału do życia. Miał wtedy swojego przyjaciela, Zdzicha, który dzielił jego zapał do nart i szachów. Zdzicho od dawna już nie żyje więc i Kuba chyba dlatego zaniedbał narty. Pewnie w pojedynkę nie chciało mu się wyjeżdżać. On w ogóle nie lubił robić czegokolwiek sam, poza pracą, oczywiście. Zawsze musiał mieć jakiegoś towarzysza do wyjść, do wyjazdów. Tak jakby nie czuł się pewnie w sytuacjach poza domem. Z tego co mi trochę opowiedział, to prawie nigdzie nie wychodził. Jedynie do Jarka, do biura, czasem do jakiegoś urzędu, kiedy musiał oraz do sklepu i raz w miesiącu wyjeżdżał na wieś, do rodziny. Odkąd zginął Zdzicho, nie miał kolegów, przyjaciół. Nie bywał w kinie, w teatrze, w lokalach. Klasyczny samotnik.

Powybierał narty, zbutwiałe deski i parę jeszcze rupieci i wyniósł na korytarz, koło windy. Po godzinie cała winda była już załadowana.

Zjechaliśmy na dół, do kontenera. Pomogłam mu to wszystko wytaskać z windy i kiedy już jego skarby znalazły się w odpowiednim dla nich miejscu, wróciliśmy do mieszkania. Ja zadowolona, a on markotny. Na balkonie zostały tylko butelki po piwie. Naliczyłam ich około setki.

- Trzeba je zanieść do sklepu - zdecydował. - Będzie za to ponad trzydzieści złotych. Tylko na raz nikt mi tyle nie przyjmie.

- Zjedź do tego sklepu pod blokiem, może tam coś upchniesz - doradziłam. - Za rogiem jest monopolowy, tam też możesz spytać. Ja w tym czasie opłuczę je trochę, bo są zakurzone.

Kuba pojechał szukać miejsca na butelki a ja w tym czasie zrobiłam im kąpiel oczyszczająca.Wrócił zadowolony, z transporterami na butelki. Udało mu się wszystkie opchnąć.

Balkon był już pusty i dopiero teraz zobaczyłam jaki jest duży i jaki ładny i rozległy widok roztacza się dokoła.

- Kotku, to jak dodatkowy pokój na lato - stwierdziłam zadowolona. - Pranie też można wieszać...a nie kisić w łazience...

Kuba poderwał się z krzesła wyraźnie poruszony.

Nie spodziewałam się takiej gwałtownej reakcji na wzmiankę o wieszaniu prania.

- Pranie!... - wzburzył się. - W żadnym wypadku. Jak to wygląda, żeby na balkonie pranie wieszać. Jestem przeciwny temu i nie pozwolę na to.

- Nie to nie - skapitulowałam. - Ale spójrz, na pozostałych balkonach są sznurki, a na niektórych wisi pranie. Pewnie, że nie jest ono ozdobą balkonu ale latem, na słońcu szybko schnie, można wywiesić na noc. Wszyscy tak robią, a ulica nie należy do głównych tylko jest wewnętrzną, osiedlową więc w czym rzecz?

- Mnie się to nie podoba i nie wracajmy więcej do tej rozmowy - zakończył i poszedł do siebie. Trochę mnie to wkurzyło. Z powodu głupiego prania tak się rozsierdzić? Odechciało mi się dalszego sprzątania balkonu. Nie będę się wykłócać o pranie ale jego argumenty nie przemawiały do mnie i poczułam się dotknięta jego wybuchem.

Nie lubię takiego finału rozmowy. Może mieć swoje zdanie, odmienne od mojego ale żeby aż tak się pieklić i wychodzić bez słowa, w nerwach. To mi się nie spodobało. To niepodobne do Kuby. Było tylko jedno wytłumaczenie. Dziecinna rozpacz po utraconych "skarbach". Miałam chyba rację, bo nigdy tak gwałtownie nie reagował. Niemniej, ja też postanowiłam obrazić się na niego , bo jeśli sobie pozwolę na takie fochy z jego strony to wejdzie mu to w nawyk. Położyłam się na wersalce i zamierzałam się zdrzemnąć. Stara moja metoda, w chwili pojawienia się problemu, sen. Zawsze mi pomagał. Niech teraz on zastanawia się dlaczego zamilkłam i wypięłam się na wszystko. Jednak nie dane mi było gniewać się na niego, bo za chwilę przyszedł skruszony i serdecznie przepraszał za swoje zachowanie. Przyjęłam ze zrozumieniem jego kajanie się i aby za bardzo nie ostygł w swojej skrusze namówiłam go na kupno kawałka wykładziny na balkon. Nie sądziłam, że pójdzie mi tak łatwo. Pooglądał posadzkę, podumał swoim zwyczajem, pomierzył i bez słowa sprzeciwu zaproponował, żebyśmy jeszcze dzisiaj podjechali do "Komfortu". Ja na to jak na lato. Wskoczyłam błyskawicznie w wyjściowe ciuchy i zanim on znalazł skarpety, które gdzieś pałętały się między butami, ja czekałam już przy drzwiach.

- Skarbie - zwróciłam mu uwagę. - Skarpetki masz nie do pary. Jedna czarna, druga granatowa.

- Aaaa.. bo ciemno w przedpokoju - mamrotał pod nosem. - Kto tam będzie patrzył mi na skarpety. Nie ma czasu, jedziemy.

Machnęłam ręką i wyszliśmy. Teraz właśnie zrozumiałam dlaczego on ma wszystkie skarpety czarne i ciemno granatowe. Żeby za bardzo nie rzucały się w oczy gdy pomyli pary. Sprytne. Dla kogoś kto tego nie dostrzeże to nie ma znaczenia ale dla mnie....lepiej nie myśleć.

Kiedy otwierał drzwi do windy nagle zatrzymał się i spytał.

- Czy ja dobrze zamknąłem drzwi mieszkania?

- Oczywiście - rzuciłam, wskazując głową na drzwi. - Popatrz, przecież są zamknięte.

- Przytrzymaj windę, ja sprawdzę - zanim zareagowałam jednym susem dopadł drzwi mieszkania i chwycił za klamkę. Nacisnął, za moment szarpnął do siebie.

- Wracaj, przecież zamknięte - wołałam z windy, stojąc jedną nogą na zewnątrz.

- Jeszcze coś sprawdzę - usłyszałam i zobaczyłam Kubę znikającego w mieszkaniu. Po chwili wyszedł, zamknął drzwi, znowu parę razy szarpnął, nacisnął i upewniwszy się, że są dobrze zamknięte wszedł do windy.

- Po co wróciłeś do mieszkania? - spytałam ot, tak.

- Sprawdzić czy gaz zamknięty i krany zakręcone.

- Przecież nic nie gotowaliśmy na gazie przed wyjściem i z wody też nie korzystaliśmy - mówiłam ni to do niego ni do siebie.

- Wolę mieć pewność.

- Ty tak często?- zaśmiałam się.

- Zawsze, bo jak nie posprawdzam, to potem na mieście tylko o tym myślę i nieraz wracam z centrum, żeby sprawdzić.

- Kubuś... - chciałam mu powiedzieć, że to jest nerwica natręctw ale wiedziałam, że tego nie zrozumie i tylko pogłaskałam go po policzku.

Zmartwiło mnie to co zobaczyłam i co mi powiedział.



W"Komforcie" wybraliśmy ładną wykładzinę, z wzorem przypominającym rozsypane kamyki na piasku. W sam raz na balkon.

- Kubuś - szepnęłam przymilnie. - Spójrz jakie tu są ładne tapety. Może tak do przedpokoju...co?....bo te stare to są takie zniszczone i brudne....?

I znowu bingo! Kuba bez słowa skierował się do regału z tapetami i zaczął wybierać kolor. Trochę było przepychanek, bo mnie się spodobała tapeta w cegiełkę, a jemu jednokolorowa łososiowa, gładka, bez widocznej faktury. Chyba tylko dlatego, że była przeceniona, a to, że papierowa i że niezmywalna już nie miało znaczenia.

Próbowałam mu wytłumaczyć przewagę jednej nad drugą w użytkowaniu ale on tego już nie słyszał. Zafiksował się na cenie i klamka zapadła. I znowu odpuściłam, bo nie miałam ochoty patrzeć na jego naburmuszoną minę. Dokupił jeszcze klej i nożyk do tapet, i zamierzaliśmy wracać do domu.

Po wyjściu z "Komfortu" Kuba nagle zaproponował, żebyśmy wstąpili do jego ulubionej jadłodajni o wdzięcznej nazwie"Jagienka", na obiad.

- Jest już późno i jestem głodny - oznajmił. - Zobaczysz jaka porządna stołówka i jak smacznie gotują.

-Czemu nie - ucieszyłam się. - Spróbuję tych pyszności, które tak wychwalałeś niedawno i nie będę gotować. Pasuje mi.

W"Jagience", zamówił obiad, a ja rozglądałam się po lokalu. Nawet nie było tak najgorzej. Wystrój wprawdzie nijaki ale czysto i przestronnie. Ciekawa byłam co przyniesie do stołu, bo nawet mnie nie spytał na co mam ochotę.

Po chwili postawił przede mną talerz z ziemniakami polanymi jakąś szarą bryją, w której taplał się kawałek mielonego i zielona sałata pokropiona śmietaną. Do tego kompot z fragmentami owoców, czereśni i chyba rabarbaru. Nie powiem, żeby mnie to zachwyciło ale przemogłam się i jadłam. Kuba zachwycał się mielonym i sosem, a ja mu nieszczerze potakiwałam, bo co innego mogłam robić?

Podczas obiadu usilnie próbowałam zrozumieć jak to jest z tymi jego smakami. U mnie wybrzydzał na musztardę, na grzanki, na herbatę, a tutaj wtrząsa po kolei wszystko i jeszcze zachwala. Może dlatego, że to tanie, a porcje solidne? Czym mnie jeszcze zaskoczy, zastanawiałam się kończąc ten "wystawny" obiad.

- Wiesz co kotku - zagadnął mnie po wyjściu z "Jagienki".- Wstąpimy jeszcze do "Alfa", to jest taki osiedlowy market, tu niedaleko. Kupię coś na kolację i na śniadanie. Może chleb, wędlinę i ser żółty, jak myślisz?

- Dobra - odparłam. - Kupuj co chcesz, ja nie jestem wymagająca w jedzeniu, byle było świeże i dobrej jakości.

W markecie stanęłam przy stoisku z wędliną, lustrując gablotę, a Kuba rozmawiał z ekspedientką, przy drugiej gablocie. Zanim się zdecydowałam co kupić, on podszedł do mnie i powiedział, że już kupił wędlinę i ser, teraz tylko chleb i idziemy do kasy.

-Tak szybko? - zdziwiłam się. - Nawet nie widziałam, żeby ci kroiła i ważyła.

-To znajoma, teściowa Jarka - wyjaśnił. - Zawsze tu u niej kupuję. Ona wie co ja lubię.

Achaa..- burknęłam.

Na stoisku z pieczywem zaczęłam szukać dobrego chleba, a Kuba myszkował po dolnych półkach. Lubię chleb z dodatkiem ziaren, dobrze wypieczony. Ponieważ nie było już wielkiego wybory więc wzięłam chleb orkiszowy a Kuba, jakiś ciemny.

- Nie bierz tego - wyjął mi bochenek z koszyka i włożył swój.

- Zobacz, ten co ty wzięłaś kosztuje 3, 5 zł, a ten mój tylko 1,30 zł. Po co tak przepłacać. Możesz dobrać sobie parę bułeczek...

- Kuba ale ten chleb to jakiś gniot - uniosłam się. - Orkiszowy jest dobry, wyrośnięty i zdrowy - próbowałam użyć koronnego argumentu .

- Kochanie, nie przesadzaj - wziął mnie pod rękę i ruszył w kierunku kasy. - Chleb to tylko chleb. Nie ma sensu przepłacać. Ja ten zawsze kupuję i nie zaszkodził mi jeszcze.

W pośpiechu wrzuciłam do koszyka cztery kajzerki.

- To będzie dla mnie - mruknęłam, zła jak osa i poszłam za nim.

Ciekawe jaką wędlinę kupił, myślałam w drodze do domu. Pewnie też coś taniego. Straciłam ochotę na kolację, na tapetowanie, na ewentualne uroki balkonu. Do tej pory nie dostrzegałam w Kubie sknerstwa. Oszczędność tak ale to co dzisiaj zaprezentował, to było klasyczne sknerstwo. Zupełnie inaczej mi się objawił kiedy przyjechał pierwszy raz do mnie. Tutaj w pierwszych dniach też. Kwiaty, dobre wino, szyneczka, bułeczki i to co było w lodówce nie należało przecież do najtańszych, więc czemu teraz tak się zmienił?

W domu, Kuba z dumą pokazał mi spożywcze zakupy.

- Co to ma być? - otwierałam szeroko oczy, patrząc na stertę okrawków szynek, baleronu i kiełbas.., a w drugiej torebce ścinki żółtych serów, różnej maści.

- Jak to co? - wzruszył ramionami i spojrzał na mnie z naganą w oczach.

- Przecież to wędliny i sery dobrego gatunku , a co z tego, że okrawki ale o połowę tańsze. Pani Jadzia zawsze mi wybiera co lepsze. Popatrz, jakie duże kawałki - rozgrzebywał ścinki i wybierał co większe fragmenty.

- Na kanapki się nadają, a te drobniejsze do jajecznicy albo do bigosu.

-A ten trocinowaty ser, do czego, pewnie na posypkę? - próbowałam kpić ale Kuba wziął to za dobrą monetę.

- No właśnie - ucieszył się. - Będzie do zapiekanki albo do pizzy, takiej jaką jadłem u ciebie. Zrobisz na kolację ? - uśmiechnął się i chciał mnie objąć.

-Kubuś - nie wytrzymałam, odsunęłam się krok do tyłu i zadałam pytanie, którego nigdy bym nie zadała, gdyby nie te cholerne ścinki i serowe trociny.

- Czemu tak robisz, przecież stać cię na dobre jedzenie i na wszystko inne dobre i porządne?

Wybacz, że pytam o to ale coś mi tu nie gra. Masz dobrą pracę, niezłe zarobki więc czemu tak chorobliwie oszczędzasz? Gdybyś miał liczną rodzinę, to byłoby zrozumiałe ale jesteś sam, jak palec a mimo to, praktycznie żyjesz jak biedak. W tej twojej ulubionej jadłodajni stołują się biedacy, bezdomni. Czy ty tego nie widzisz? Mnie wystarczył jeden rzut oka na klientelę i już wiedziałam kto oni.

Ty tak nie musisz. Ty masz pracę, mieszkanie, niezłe dochody więc nie tam jest twoje miejsce. Poza tym, nie bardzo cię rozumiem. Na fajki nie żałujesz, na piwo, butelki po wódce też były na balkonie, a na ubranie, mieszkanie i dobre jedzenie żałujesz? Wytłumacz mi to, bo nie mieści mi się w głowie.

Stał przede mną z opuszczoną głową i nie mówił nic tylko oddychał ciężko jakby szykował się do wielkiej przemowy. Po chwili cicho powiedział.

- Grażynko, ty nic nie wiesz. Wstyd mi o tym mówić ale ja od ośmiu lat jestem bez pracy....ja tylko na umowę o dzieło......

-A Jarek, a firma? - przerwałam gwałtownie. - Przecież to nie fikcja, rozmawiałam z nim, był tutaj......, a te projekty.....

Podniósł głowę, spojrzał mi prosto w oczy i z trudem wydukał.

- Grazia.....Jarek....to jest.....on jest....

Usiadłam machinalnie na taboret, bo chyba wiedziałam co chce mi powiedzieć.


Kubuś- powiedziałam matowym głosem, bo nagle zaschło mi w gardle.

-Jeśli jest ci trudno, to nie mów. Może...kiedy indziej..?

-Nie - uciął krótko. - Już dawno powinienem ci to powiedzieć, tylko nie miałem odwagi. Byłaś taka szczęśliwa, że się odnaleźliśmy, taka dumna ze mnie.....Nie chciałem burzyć twojego wyobrażenia o mnie, chociaż i tak już trochę podpadłem u ciebie w domu. Tak bardzo chciałem zasługiwać na twoją miłość, szacunek....a tymczasem zawsze coś było nie tak. Każdego dnia było nie tak. W rozmowach telefonicznych wszystko wydawało się takie proste, bezproblemowe,

a dopiero od spotkania zaczęły się schody. Zamiast powiedzieć ci wprost całą prawdę wolałem, po długim namyśle, pokazać ci ciemną stronę mojego życia, tak jak ono wygląda, bez upiększeń,bez udawania. Dlatego bardzo bałem się zaprosić ciebie tutaj ale w końcu przemogłem się i zaryzykowałem. Widziałem przecież twój dom, jak żyjesz, opowiedziałaś mi o swojej pracy, o swoich sukcesach i dopiero wtedy zrozumiałem jakim jestem życiowym bankrutem. Odkąd tu przyjechałaś ja ciągle boję się, że za chwilę spakujesz się i wyjedziesz, bo moje życie jest zupełnie inne od twojego. Ja do tego przywykłem, bo sam sobie je stworzyłem ale ty....Ja wiem, że jest ci tu źle i że chcesz wiele zmienić i że przez grzeczność nie mówisz mi wszystkiego. Przecież ja wszystko to widzę i podziwiam cię. I tak jesteś zbyt wyrozumiała i cierpliwa. Nie spodziewałem się tego. Inna na twoim miejscu to już dawno by......ech, szkoda gadać.

Zamilkł na chwilę i patrzył nie na mnie, a na ścianę powyżej, jakby w szarości ściany chciał znaleźć dalsze słowa.

Podeszłam do niego, ujęłam za rękę i poprowadziłam do pokoju.

Szedł bez oporu. Czułam, że te kilka zdań zmęczyło go. Posadziłam go na brzegu wersalki i gładząc delikatnie, poprosiłam, żeby chwilę odpoczął i poczekał. a ja zrobię kawę i wtedy porozmawiamy. Przystał na to z widoczną ulgą. Znałam jego zahamowania w wygłaszaniu wszelkich kwestii słownych. Lubił rozmawiać ale nie za dużo. Krótko i na temat, a tu kroiła się długa i męcząca rozmowa. Poza tym, przecież on już nie jest młodzieńcem i w dodatku ma nadciśnienie, więc takie sytuacje nie są dla niego obojętne.

W kuchni oparłam się o drzwi i nie mogłam pozbierać myśli.

Matko jedyna, roztrząsałam jego słowa, nie ma stałej pracy, nie będzie miał emerytury, a jeśli będzie to grosze, a co z tym Jarkiem? Kim on jest dla niego?

Może to jego syn? Wiek by się zgadzał, bo to młody mężczyzna. Nawet dziwiłam się, że ma tak młodego wspólnika. Ale to chyba nie wspólnik i nie syn, no więc kto?. Cholera! To za trudne dla mnie. Nic mi nie przychodziło do głowy. Nie było żadnego punktu zaczepienia. Poczekam aż sam mi opowie.

Wróciłam z kawą do pokoju. Kuba siedział tak jak go zostawiłam. Jego spojrzenie było osowiałe, przepełnione smutkiem, jakąś rezygnacją, może wstydem, że przez chwilę nie umiałam znaleźć słów aby coś powiedzieć.

Siedzieliśmy obok siebie, zawzięcie mieszając łyżeczkami w filiżankach. Tak czasem bywa, że jak się nie wie co powiedzieć to się machinalnie wykonuje jakąś bzdurną czynność, jak my teraz.

Pierwszy odezwał się Kuba.

-Wiesz co Grażynko - powiedział wstając. - Ja wyskoczę na chwilę do sklepu i zaraz wracam, przepraszam..., muszę...

- Jeśli musisz, to skacz....- uśmiechnęłam się blado.

Pewnie zabrakło mu papierosów, przemknęło mi w myślach.

Kuba wyszedł a ja włączyłam telewizor, żeby na chwilę zagłuszyć gonitwę myśli. Nie zabawił długo. Gdy wrócił, od razu postawił na stole butelkę wódki i karton soku grejpfrutowego.

Widząc moje zdziwione spojrzenie, dodał.

- Łatwiej mi będzie mówić , tak na sucho nie bardzo potrafię.

-Mnie też łatwiej będzie słuchać - powiedziałam na zachętę.

Wstałam i skierowałam się do kuchni.

- Przyniosę szklanki i lód.

-Kubuś - zawołałam po chwili z kuchni. - Są tylko cztery kostki lodu i to takie pływające. Chyba lodówka się rozmraża, bo nie mruczy, nie ma światła i półki są wilgotne.

-No to pięknie - usłyszałam tuż na uchem.

Kuba stał z zasępioną miną i skubał się po brodzie.

-To już koniec - sapnął. - Agregat pewnie wysiadł. Już ostatnio ledwo dało się naprawić. Fachowiec powiedział, że to ostatnie jej podrygi. Kupowałem ją razem z wersalką. I tak długo wytrzymała.

-No i co będzie? - zmartwiłam się, wyjmując z zamrażalnika jakieś woreczki z mięsem, pojemniki z bigosem z garmażerki, z gulaszem.

-Kotku, to wszystko zaraz się rozbabrze - pokazałam na miskę pełną mrożonek.

- Nie zjemy wszystkiego. Cholerka, co robić?

Z mięsem nie ma problemu, bo zaraz wstawię na gaz i coś zrobię, może zawekuję do słoika ale bigos i gulasz, tego nie można powtórnie wekować. Czemu tyle tego trzymasz?

-Mam pomysł - Kuba ożywił się. - Zadzwonię do znajomego w drugim bloku, może ma miejsce w zamrażalniku, to przechowa do jutra.

A jutro trzeba będzie coś kupić.

-A masz za co? - spytałam, mając w pamięci jego słowa sprzed niecałej godziny.

Pokiwał głową na znak, że ma. Wykonał telefon i po chwili zebrał wszystko do reklamówki i popędził do znajomego, jakiegoś Franka, który też mieszka sam.

Wrócił dziwnie ożywiony i uśmiechnięty.

-Kotku, mam szczęście w nieszczęściu - opowiadał od progu.

-Wyobraź sobie, że Franek ma lodówkę na zbyciu i to całkiem dobrą, dużo "młodszą" od mojej. Syn mu wczoraj przywiózł swoją, bo sobie kupił taką nowoczesną, energooszczędną i dużą, a tę używaną dał Frankowi.

Zaraz tu przyjdzie i pomoże mi tę wynieść do kontenera, a potem przyniesiemy od niego.

- I nie będzie ci żal? - podkpiwałam.

- Nie żartuj, to przecież już szmelc, jak ty to mówisz.

-To flaszka ci się przyda, w sam raz,co? - mrugnęłam porozumiewawczo.

- A ile on chce za tę lodówkę?

-Nic, zupełnie nic - oparł zadowolony. - Mówiłem, że mam szczęście. Gdybym nie zaszedł do niego, to pewnie dał by ją komuś innemu, a tak to zaoszczędzę kupę pieniędzy.

-Co racja to racja - przyznałam. - Żeby tylko była sprawna i jakoś porządnie wyglądała.

-Zobaczysz - mruknął i podszedł do domofonu, bo już Franek dzwonił spod bloku.

Powyjmowałam wszystko z lodówki i zanim panowie weszli do kuchni lodówka była gotowa do zabrania.

Franek okazał sie bardzo sympatycznym mężczyzną. Tak na oko dobrze po sześćdziesiątce. Zadbany, pachnący i ubrany całkiem na czasie, w dżinsowe spodnie, jasną polówkę, kamizelkę, lekkie sandały, nie tak jak Kuba, siermiężnie i konserwatywnie. Nie był tak przystojny jak mój ale bardzo elegancki, co dodawało mu uroku. Przywitał się ze mną szarmancko jak przystało na wiekowego dżentelmena. Może wrażenie moje było trochę na wyrost ale przyznaję, spodobał mi się ten Franciszek.

Panowie zabrali lodówkę, a ja wzięłam się za sprzątanie kąta, w którym stała. Boże kochany, jęczałam, czego tu nie ma. Brud, pajęczyny to rozumiem, w tym wydaniu ale sterty woreczków foliowych, papierów, zeschły chleb, orzechy włoskie...

Dziwne, że myszy tu się się przedostały. Miałyby czym się pożywić. W sumie to się ucieszyłam z tej popsutej lodówki, bo chociaż ważna rozmowa zeszła na plan dalszy,

a szczególnie ten Jarek nie dawał mi spokoju ale przynajmniej kuchnia będzie doprowadzona do porządku i to znowu bez mojej inicjatywy. Co za dzień. Same niespodzianki i to całkiem, całkiem.

Czasem mówimy; "złośliwość, rzeczy martwych" i zwalamy winę na te różne rzeczy, a to nie zawsze złośliwość. W tym przypadku, to przysługa. Przynajmniej dla mnie. Ha!

Zanim panowie przywlekli lodówkę, ja zdążyłam posprzątać, no i oczywiście dodać sobie blichtru, jak przystało na rasową kobietę. W ruch poszła szczotka do włosów, fluid, puder, cień do powiek no i tusz, i szminka. Jeszcze kropelka podróbki Chanel 5 i byłam jak dama od Maksima. Lubiłam się podobać swojemu mężczyźnie i obcym też. Tłumaczyłam to trochę przewrotnie, na swój użytek, że w ten sposób podnoszę wartość swojego mężczyzny w oczach innych panów. Zawsze uważałam, że mężczyzna jest tłem dla kobiety, a kobieta ozdobą mężczyzny, jeśli on na to zasługuje. To oczywiste.

Kubuś zasługiwał na to, bo mimo wielu dziwactw i niedociągnięć, był dobrym, uczciwym i prawym facetem. Kochałam go, a on mnie też, tak jak potrafił najlepiej. Cieszyło mnie, że docenia moje wysiłki, moje pomysły, chociaż znacznie burzą one jego porządek życia, że jestem mu potrzebna i że wreszcie sama, mogę się spełniać jako kobieta. Po prostu jako kobieta. Czy to nie dużo?

Tyle lat byłam sama, zaganiana, zapracowana. Od dawna nie myślałam o sobie, tylko wciąż mówiłam, że jeszcze mam czas. Ważna była rodzina, moja praca, pomaganie innym, a ja? W końcu przejrzałam na oczy i przy Kubie złapałam wiatr w żagle i zrozumiałam, że moje miejsce jest w związku z mężczyzną.Nie musi być bogaty, piękny, byle był mądry i taki naprawdę mój. Tylko dla mnie i zawsze przy mnie. Taki jest Kuba i z nim chcę być, mimo wszystko, coraz bardziej byłam tego pewna.

Z moim kochanym Jakubem. Z Jakubem....

- O kurcze - klasnęłam w ręce. - Wciąż do niego mówię Kuba, Kubuś, a on przecież jest Jakub. Ma takie piękne i dostojnie brzmiące imię.

- Może zacząć mówić do niego prawdziwym imieniem? - głośno zastanawiałam się. - Może to podniesie jego samoocenę, wzmocni ego. Mówiąc cały czas Kubuś, zniżam go do poziomu dziecka, małego nieporadnego chłopczyka. Odkąd pamiętam, wszyscy mówili Kubuś, a on zachowywał i postrzegał się, jako mały Kubuś.

Nigdy nie dociekałam, co oznacza imię Jakub. Wiedziałam, że pochodzi z hebrajskiego i nic więcej. Ponieważ należę do osób niecierpliwych i dociekliwych, więc wybrałam numer mojej psiapsiółki, która miała fioła na punkcie szamańskiej wiedzy i po paru minutach już wiedziałam, że; "Jakub jest osobą ruchliwą, aktywną i pełną energii. Do dobrego samopoczucia potrzebuje uczestnictwa w życiu. Musi do wszystkiego się mieszać, doradzać, wybierać, zmieniać, inaczej czuje się niepotrzebny i nieszczęśliwy. Jego słabym punktem jest duma, pragnienie imponowania i zyskiwania aprobaty. Jakub nie jest dobrym przyjacielem. Szybko mu się nudzi oglądanie tych samych twarzy, poszukuje więc co chwila nowych. Jego ulubionym kolorem jest niebieski".

-Nie, to niemożliwe - stwierdziłam w pierwszej chwili. - Gdyby tylko wykreślić ostatnie trzy zdania, to bardziej pasuje to do mnie, niż do Kuby.

Chociaż jak tak się dobrze zastanowić...zagłębić w jego życie, to można znaleźć uzasadnienie.

Na sto procent ostatnie zdanie jest zgodne. Kuba miał wszystkie koszule w kolorze jasno niebieskim. Krawaty też granatowo-niebieskie.

Musiałam zakończyć analizę charakterologiczną Kuby, bo w drzwiach stanęli panowie z lodówką. Schowałam do torebki kartkę z zapiskami z zamiarem przeanalizowania tego przy okazji i wyszłam im na przeciw.

-Oooo!!- wyrwało mi się na widok nabytku. - To całkiem fajna lodówka!

Dużo większa od twojej i z wyglądu, prawie jak nówka -zachwalałam i to zupełnie szczerze.

Lodówka była mojego "wzrostu", biała, bez zadrapań, a w środku idealna. Duży zamrażalnik, pojemnik na warzywa, szklane półki.

-Świetna - powiedziałam z uznaniem. - Uważam, że jeszcze parę lat wytrzyma.

-Pani kochana - zwrócił się do mnie Franciszek, błyskając idealnym garniturkiem uzębienia. - Ona nie ma jeszcze dziesięciu lat. Ja ją mało używałem. W zamrażalniku to tylko kostki lodu robiłem, bo na obiady chodzę do syna, czasem i na kolację zostaję to po co miałem kupować mięso czy coś innego.

-I naprawdę gratis pan daje? - spytałam dla podtrzymania rozmowy.

-No a co w tym dziwnego - Franciszek nastroszył się jak kogut.

-Znamy się z Jakubem już tyle lat, to czemu mam brać pieniądze. Jak będę potrzebował coś z elektryki naprawić, to w drodze rewanżu Jakub zrobi, nie? - tu zwrócił się do Kuby, a on pokiwał tylko głową i zajął się podłączaniem lodówki.

-Może kawy się pan napije? - zaproponowałam.

-Z chęcią - znowu uśmiechnął się olśniewająco. - Ale ja mam propozycję. Zapraszam do siebie na kawę i na coś mocniejszego. Mam pyszną kawę, na pewno pani nie piła jeszcze takiej.

Uniosłam ze zdziwienia brwi, bo niby dlaczego do niego i skąd wie czy piłam taką kawę czy nie, a zresztą cóż to może być za kawa. Teraz kawy do wyboru do koloru. Franek nawijał dalej.

-Uzgodniłem to już z Jakubem. Trzeba oblać nowy nabytek mój i ten wasz, a u mnie jest lód do drinków ...haaa .....haaa. ... - zaśmiał się gardłowo.

Kuba spojrzał na mnie wyczekująco.

-Kotku, pójdziemy, co? - i widząc moją niewyraźną minę szybko dodał. - Na godzinkę, góra dwie, dobrze?

-Przecież nie mówię nie - wzruszyłam ramionami i wzięłam z wieszaka bluzę.

Nie miałam ochoty wychodzić z domu, a tym bardziej do Franciszka, bo jego spojrzenia zaczęły mnie deprymować, a nawet denerwować. Kobieta od razu wyczuje, zainteresowanie mężczyzny. A jego uśmieszki i ciągłe ukradkowe spoglądanie na mnie mówiły same za siebie. Być może Kuba nie powiedział mu, że jesteśmy parą. Pewnie myśli sobie, że jestem jakąś znajomą albo kimś z rodziny.

Nieważne. Jakoś przebrnę przez tę niespodziewanie proszoną wizytę.

Kuba znowu wracał się od windy, żeby sprawdzić gaz, wodę i zamknięcie drzwi.

-On tak zawsze - zakpił Franciszek. - Jakby tam skarby chował.

Wzeszłym roku to musieliśmy się wrócić na rowerach, aż znad Zalewu, bo nie miał pewności czy dobrze drzwi zamknął.

-Każdy ma jakieś dziwactwa - ucięłam krótko, bo nie spodobał mi się jego komentarz. Nie powinien tak obśmiewać kolegę, przed obcą sobie osobą,

Kuba wrócił uspokojony i upewniony i za parę minut byliśmy już w mieszkaniu Franciszka.

I po raz któryś już w życiu przekonałam się, że wygląd człowieka świadczy nie tylko o nim ale o jego domu, czyli o nim wraz z jego inwentarzem.

Po wejściu do mieszkania doznałam prawie szoku. Wiedziałam, żeFranciszek mieszka sam, więc nie oczekiwałam luksusów ale po jego wyglądzie mogłam spodziewać się względnie przyzwoitego mieszkania. No, może przeciętnego. Ale to co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Mieszkanie było piękne. Dosłownie piękne. Nie dość, że duże, urządzone gustownymi meblami, niekoniecznie pierwszej młodości ale przede wszystkim lśniąco - czyste. Tak jakby przed chwilą opuściła je ekipa sprzątaczek.

Wdomu przyjemnie pachniało i było bardzo jasno, kolorowo. Firany, zasłony, serwetki, obrusy, wszystko było świeże i ładne.

Poczułam ukłucie zazdrości, gdy Franciszek z dumą oprowadzał nas po pokojach, a w łazience to już całkiem wymiękłam. Kolorowe kafelki, wanna, prysznic, ręczniki, dosłownie wszystko lśniło i pachniało.

Patrzyłam ukradkiem na Kubę, ale jego twarz nie wyrażała żadnych zachwytów ani emocji. Tak jakby tego nie widział.

Franciszek usadowił nas w pokoju na wygodnych fotelikach, włączył telewizor, a sam poszedł do kuchni przygotować poczęstunek. Kuba wyszedł na balkon zapalić papierosa, a ja patrzyłam w telewizor. Pomyślałam, że chyba teraz żałuje, że mnie namówił na przyjście tutaj. Tu był inny świat, mimo, że facet też samotny i w dodatku dużo starszy od niego.

Po dłuższej chwili wrócił Franciszek z tacą zastawioną kanapkami, sałatką i butelką"Absolwenta". Potem przyniósł szklanki do drinków, sok i lód no i obiecaną kawę.

Zapachniało oszałamiająco.

-O Segafredo, moja ulubiona - ożywiłam się podnosząc filiżankę do ust.

-To pani zna tę kawę ?- wymamrotał zawiedziony Franciszek.

-Nie tylko znam ale często pijam - odparłam z lekkim przekąsem. -Tylko nie w domu ale w kawiarni, bo ta kawa najlepiej smakuje zekspresu ciśnieniowego tej samej firmy, takiego na naboje.

-Ale taka też może być - dodałam pojednawczo, bo minę miał wielce zawiedzioną.

-A ja myślałem, że....- chciał coś wytłumaczyć ale Kuba bez pardonu przerwał naszą licytację.

-No Franek, to polej lepiej. Kawa jak kawa. Dla mnie może być i Inka.

Wypiliśmypo drinku i panom od razu poprawił się humor.

Po następnym jeszcze bardziej, a już po którymś z kolei było całkiem wesolutko.

Franciszek zaczął opowiadać o swoim nieudanym życiu, o tym, że żona dziesięć lat temu wyjechała z gachem do Francji, że zabrała mu drogi samochód i oskubała go przy rozwodzie ze wszystkiego, że udało mu się zachować tylko to mieszkanie z wyposażeniem, że od dawna szuka kobiety dla siebie, bo mu już doskwiera samotność i sprzątanie i takie różne niedogodności. Mówiąc to co chwilę uśmiechał się do mnie i coraz częściej jego spojrzenie zatrzymywało się poniżej mojego obojczyka. Kuba chyba udawał, że tego nie widzi, bo siedział obok, mimo to zachowywał się jakby nic nie dostrzegał i żywo przytakiwał temu co mówił Franciszek. Kiedy ten przyniósł odcinek emerytury i zaczął podtykać nam do oczu, chwaląc się jak duże ma dochody, Kuba nie wytrzymał i powiedział coś co mnie zaskoczyło i rozbawiło do łez.

-Franek, ty się przestań produkować - zwrócił się do zaskoczonego gospodarza. - Co nas obchodzą twoje dochody. Nie pilnowałeś żony, to teraz cierp, a ta pani jest moją narzeczoną i jak będziesz grzeczny to zaprosimy cię na świadka do ślubu, a jak będziesz robił maślane oczy i pieprzył, to dostaniesz ode mnie w zęby.

Zrozumiano?

Franek się zapowietrzył i nie mógł wypowiedzieć słowa tylko ruszał ustami jak ryba, a Kuba stał nad nim i pukał go w czoło.

Ja o mało nie posikałam się ze śmiechu.

Po pierwsze to nie przypuszczałam, że Kuba jest zdolny do takiej akcji, a po drugie dowiedziałam się zupełnie nieoczekiwanie i to w obcym domu, że jestem oficjalną jego narzeczoną i że planujemy ślub.

Zostawiliśmy zgłuptaczonego Franciszka i zataczając się ze śmiechu dotarliśmy wreszcie do domu.

-Jakubie, jesteś wielki - powiedziałam, zarzucając mu ręce na szyję. - Ciekawa byłam jak długo starczy ci cierpliwości, bo ja już miałam dość. On się tak ślinił, że aż mnie mdliło. I te jego perłowe ząbki...

-Niechby tylko cię palcem dotknął, to by się prędko nie pozbierał, a po ząbki to szedł by do dentysty - odparł przybierając buńczuczną minę.

- Wiesz, że z tej strony go nie znałem. Bo też nie byłem z nim w takiej sytuacji i z taką kobietą... - mówiąc to posadził mnie na krzesło, a sam poszedł do swojego pokoju.

- Chwileczkę, zaraz wracam - rzucił przez ramie.

Co on kombinuje, zastanawiałam się. Ale znając jego nietypowe pomysły, spodziewałam się jakiejś niespodzianki. Pewnie przyniesie wódkę albo wino albo czekoladę albo jakieś dokumenty.

Po krótkiej chwili wszedł i klęknął przede mną na kolana.

-Co ty głuptasie robisz? - próbowałam go podnieść. - Spiłeś się czy co?

-Nie skarbie - powiedział sięgając ręką do kieszeni marynarki.

-Nie spiłem się. Proszę cię o rękę. - mówiąc to wyjął z malutkiego pudełeczka pierścionek i próbował włożyć mi na palec.

-Kubuś - zerwałam się, obracając w palcach pierścionek. - Przecież to jest....to jest... Boże, to jest...- ze wzruszenia dławiłam się słowami.

-Tak, to jest ten pierścionek, który mi dwadzieścia osiem lat temu zwróciłaś - dokończył za mnie. - Trzymałem go cały czas, razem z twoimi fotografiami, listami, pocztówkami. Wiedziałem, że dożyję takiej chwili, kiedy będę mógł ci go dać. Nie wierzyłem, że będziemy razem ale że się chociaż spotkamy i po prostu dam ci go. A teraz jesteś tutaj i chcę żebyś była już ze mną na zawsze. Niczego tak nie pragnę.

-I co ty na to ? - spojrzał mi w oczy, pełne łez.

-Zgadzasz się Grażynko?

Zaskoczył mnie tak bardzo, że nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nie byłam przygotowana na oświadczyny. Nigdy tak na poważnie dotąd nie mówiliśmy o małżeństwie. Owszem były rozważania i plany na wspólne zamieszkanie ale małżeństwo...? Chociaż niekiedy coś tam sobie roiłam w głowie ale jeszcze nie teraz i nie w takiej sytuacji. Nie chciałam mu zrobić przykrości, bo był tak przejęty i pełen nadziei ale z drugiej strony czemu tak nagle, niespodziewanie i bez kwiatów, bez nastroju. Czyżby zapomniał jak to wyglądało wtedy, przed laty? Czy może uważa, że jeśli już nie jesteśmy młodzi, to można tak z marszu. Nie tak sobie wyobrażałam tę chwilę. To wszystko wydało mi się jakieś groteskowe, niepoważne. Kuba klęczał wpatrzony we mnie a ja zamiast dać mu odpowiedź prowadziłam myślową dedukcję.
- Grazia, zgadzasz się? - ponowił pytanie.
Teraz już nie miałam wyboru. Sytuacja stawała się niezręczna. Musiałam odpowiedzieć. Zebrałam się w sobie i powiedziałam niezbyt taktownie.
- Nie, nie zgadzam się.
Sama się zdziwiłam słysząc swoje słowa. Nie chciałam żeby to tak zabrzmiało. A zabrzmiało ostro i chłodno.
Kuba podniósł się z kolan, usiadł na krześle i ochrypłym, prawie bezdźwięcznym głosem wydusił jedno słowo.
- Dlaczego?
W jego spojrzeniu i tym jednym słowie było tyle zawodu, goryczy, że poczułam się jak oprawca. Patrzyłam na niego i byłam zła na siebie, że tak mi się to wyrwało i sprawiłam mu przykrość. Mogłam to jakoś delikatniej powiedzieć, łagodnie uargumentować. A ja nic tylko krótko i dosadnie "nie zgadzam się". Jak do obcego człowieka. A teraz to jego "dlaczego?". Podniosłam się z krzesła chcąc podejść do niego ale on gwałtownie wstał i ręką dał mi znak, żebym nie wstawała, po czym bez słowa wyszedł.
Siedziałam zmieszana i bezmyślnie obracałam w palcach pechowy pierścionek.
Nie wiedziałam co dalej robić. Czy pójść do niego i starać się rozładować napięcie, tłumacząc mu swoje racje, czy też czekać aż się uspokoi i sam przyjdzie do pokoju. Musi przyjść, stwierdziłam, bo już dochodziła północ i pora kłaść się spać. Znając go wiedziałam, że więcej nie wróci do tego tematu i będzie całymi dniami trawił w milczeniu swoja porażkę. Wyglądało na to, że będę musiała się zbierać do domu. Skro odrzuciłam oświadczyny, to nic tu już po mnie. A mogło być tak pięknie, gdyby to nie było w takiej chwili i nie tak. Wzięłam pierścionek do ręki i zrobiło mi się żal Kuby. Tyle lat go przechowywał, jak talizman jakiś, a ja mimo, że wzruszył mnie tym gestem i dowodem pamięci, okazałam się bezwzględna
i wyrachowana. Nie mogłam tak tego zostawić. Poszłam do jego pokoju i powiedziałam wprost.
- Kuba, ja Cię bardzo przepraszam i chcę Ci wytłumaczyć dlaczego tak odpowiedziałam. Zaskoczyłeś mnie i tak to jakoś, sama nie wiem...tak po prostu...no tak samo mi się powiedziało... - zaczęłam się plątać w słowach. - Chodź do pokoju to porozmawiamy.
Kuba odwrócił się powoli w moją stronę i cicho ale dobitnie odpowiedział mi.
- Nie, kochanie. Nie mamy o czym rozmawiać. Powiedziałaś jasno i wyraźnie. Tu nie ma co wyjaśniać. Czekałem długą chwilę zanim się zastanowisz więc nie mów, że "tak jakoś ci się powiedziało". Jesteśmy dorośli.
- Czy tobie nigdy nie zdarzyło się palnąć coś tak ad hoc? - próbowałam sprowokować go do rozmowy ale niestety, na daremnie.
Zaciął się i nie reagował na moje słowa.
- Idż spać, ja tu posiedzę przy desce - rzucił mi przez ramię i zabrał się do rysowania.
Wyszłam natychmiast, bo czułam, że nic już nie wskóram tylko jeszcze bardziej go wzburzę. On to musi przemyśleć, przeanalizować i jeśli uzna, że można wrócić do tematu to sam podejmie rozmowę, a jeśli uzna, że temat zamknięty to nic i nikt nie zmusi go do rozmowy. Na tyle to ja go już znałam. Kuba był trudnym partnerem do dyskusji. Nie uznawał kompromisów. Dla niego słowo raz wypowiedziane stawało się pewnikiem.
Sam nie był nadgorliwy w rozmowach i dlatego czyjeś każde słowo brał bardzo serio, jako stateczne.
Rozebrałam wersalkę i postanowiłam iść spać. Dość długo marudziłam w łazience, potem w kuchni, zanim weszłam do spania, bo wciąż miałam nadzieję, że Kuba przyjdzie. W łóżku zaczęłam czytać gazetę nasłuchując jego kroków ale poza cichą muzyczką dobiegając z grającego radia za ścianą nic więcej nie słyszałam. Nie wychodził od siebie ani do kuchni ani do łazienki. Gdybym przyjęła pierścionek to ta noc byłaby zupełnie inna, pomyślałam z żalem, tuż przed zaśnięciem. A tak to ja samotna na wersale, a Kuba na krześle w pracowni. I co dalej?
Dalej to miałam koszmary senne. Obudziłam się rano z obłędem w oczach. Kuby nie było koło mnie. Pewnie spał u siebie na materacu, pomyślałam. Zanim pozbierałam sobie sceny ze snu upłynęła dobra chwila. Gdzie ja nie byłam we śnie, czego ja nie robiłam. W życiu nie miałam takich koszmarów. Jakieś bagna, grzęzawiska, rozpadliny skalne i ja w tym wszystki sama. Zapadałam się po pas w błotnistej mazi i znikąd pomocy. Potem w innej scenerii zalewała mnie woda, brudna, pełna śmieci i obrzydliwych odpadów. To znów wdrapywałam się na skały, a z boku ziała przepastna czeluść. Okropieństwo. We wszystkich scenach byłam sama i strasznie się bałam.
Nie zajmowałam się nigdy ezoteryką ani znaczeniem snów ale po raz pierwszy poczułam, że ten sen coś musi oznaczać. Jakieś niebezpieczeństwo. Przestroga, a może przepowiednia czegoś złego co mnie może spotkać. Nie wiem czemu ale tak czułam. Przypomniałam sobie co babcia mówiła o brudnej wodzie we śnie, że to zwiastuje nieszczęście albo chorobę. Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Od razu zaczęłam snuć czarne wizje. Może coś z córką w tych Włoszech, a może z synem, z bratem.... Spojrzałam na zegar, była siódma trzydzieści. Poszłam do łazienki, potem ubrałam się i zamierzałam wykonać telefon do brata, do córki i do mamy. Wstawiłam wodę na kawę i cichutko uchyliłam drzwi do pokoju Kuby. Kuby nie było w pokoju. Zdębiałam. Na wieszaku nie było jego marynarki a koło szafy butów. Rozejrzałam się po pokoju za jakąś kartką, jakąś informacją gdzie poszedł. Nic. Kompletnie nic. Pomyślałam, że pewnie poszedł po papierosy i po gazetę poranną. Zadzwoniłam najpierw do mamy. Telefon nie odpowiadał. Czekałam kilka minut na sygnale i dalej nic. Zadzwoniłam do domu do brata, to samo.
- Co jest? - zaniepokoiłam się. - Mama może jeszcze śpi i nie słyszy dzwonka z drugiego pokoju ale brat, bratowa?
Córka na szczęście odebrała. U niej wszystko w porządku. To mnie uspokoiło. Dochodziła już dziewiąta, a Kuby dalej nie było. Poszukałam numeru telefonu do Jarka z nadzieją, że może pojechał do niego.
- Nie, nie ma - odpowiedział. - Nie spodziewam się go, bo powiedział, że do niedzieli się nie pokazuje w firmie.
- Acha - mruknęłam i znienacka wpadł mi do głowy szatański pomysł.
- Panie Jarku, czy pan jest krewnym Kuby? - spytałam.
W słuchawce milczenie i po chwili.
- A Kuba nic pani nie mówił?
- Nnnnieee..., a właściwie coś mi napomknął ale nic konkretnego...
- Przykro mi...lepiej niech sam powie - uciął krótko. - Przepraszam, jestem zajęty, do widzenia - dodał i wyłączył się.
- Ale numer - usiadłam jak podcięta. - Jest coś na rzeczy. Dlaczego Jarek taki tajemniczy?? Wymiksował się z rozmowy jakby obawiał się, że zacznę naciskać. Co to ma znaczyć do cholery?! - zdenerwowałam się.
- To ja opowiedziałam mu wszystkie swoje sprawy, te dawniejsze i obecne, a on ma jakąś mroczną tajemnicę, o której nic nie mówi i zaręczyć się chciał? O nie. Tak łatwo się nie wymiga. Dobrze, że mu odmówiłam.
Im dłużej nad tym myślałam, tym większa mnie ogarniała złość na Kubę. Ma jakąś tajemnicę, teraz gdzieś wybył i nie wiem dokąd go poniosło. A może zasłabł gdzieś? Ta myśl sparaliżowała mnie. Przypomniała mi się sytuacja sprzed paru miesięcy, u mnie w domu.
Mogło mu się coś przytrafić. Wyszedł pewnie w nocy. Wieczorem nie brał leków bo pił alkohol. Niedługo południe a on bez jedzenia i już czas na drugą dawkę leku. Nie podobało mi się to wszystko tylko jak ja miałam go odnaleźć. Siedziałam jak na rozżarzonych węglach i zrywałam się na każdy szmer za drzwiami. Wypiłam chyba ze dwie kawy, wypaliłam całą paczkę papierosów ale dalej nie wiedziałam co z nim i co ja mam robić.
Z każdą minutą czekania rosło we mnie poczucie winy. Zaczęłam mnożyć "gdyby....". Gdybym nie odmówiła....gdybym powiedziała to delikatnie....gdybyśmy nie poszli do Franka....gdyby się lodówka nie popsuła....gdybym bardziej była przekonywująca....gdybym tu nie przyjechała....
- Chyba fiksuję - warknęłam zła na siebie. - W końcu dojdę do tego, że gdybym się nie urodziła, to... itd...Czysta głupota. To jest kręcenie się w kółko jak pies za swoim ogonem.

Wzięłam komórkę do kieszeni,bluzę na ramiona i wyszłam z domu. Miałam ochotę wsiąść do samochodu i pojechać prosto przed siebie. Czasem w domu tak robię jak mnie coś zdenerwuje albo jak nie mogę sobie z czymś poradzić.Mam dwie metody na odstresowanie; sen i samochód.

Postanowiłam jednak pospacerować wokół bloków, z płonną nadzieją, że może gdzieś spotkam Kubę. Wyszłam z bloku i udałam się w kierunku głównej ulicy. Minęłam postój taksówek i już miałam skręcać w kierunku niewielkiego skwerku gdy w kieszeni zaterkotała komórka.To dzwonił mój brat.

- No nareszcie! - rzuciłam do słuchawki. - Dzwonię od rana do mamy, do ciebie, a u was cisza.Gdzie jesteście?

- Siostra, nie chcę cię martwić ale zbieraj się do domu - słowa brata zaskoczyły mnie i od razu przypomniał mi się ten koszmarny sen. - Mama jest w szpitalu, na okulistyce.

- Matko jedyna - jęknęłam. - Mirciu,co się stało? Kiedy? Mów szybciej - ponaglałam go.

- Dzisiaj w nocy dostała wylewu do oka. Zadzwoniła do mnie i przyjechałem. Od razu zawiozłem ją na okulistykę do szpitala i tam została.

- To do czego ja jestem potrzebna, tak na już? Ja nic jej nie pomogę.

- Nie gadaj głupstw - brat się trochę uniósł. - Mama czeka na ciebie, a do tego jeszcze lekarka powiedziała nam, że oni tu niewiele jej pomogą i najlepiej byłoby załatwić mamie miejsce w klinice u Gierkowej. Trzeba zrobić jakąś"witrectomię", czy coś takiego. Nie zwlekaj za długo, tylko wsiadaj w auto i przyjeżdżaj, bo ty się znasz na tych wszystkich sprawach, a ja nie mam zielonego pojęcia o tym. Zresztą wiesz jaka jest mama, ona zaraz panikuje jak ciebie nie ma przy niej.

- No dobrze, już dobrze. Postaram się- uspokoiłam brata. - Na rano będę. Pozdrów mamę i uspokój ją.

Musiałam na chwilkę przycupnąć na pobliskiej ławce, żeby na spokojnie obmyślić plan działania.

Ten nocny koszmar jednak coś oznaczał, pomyślałam trochę z niedowierzaniem i trochę na serio. Może to prawda, że ze snów można wyczytać czekające nas zdarzenia. Ale nie sen był teraz najważniejszy.

Wiadomo, że muszę jechać i umieścić mamę w klinice ale jak mam teraz wyjechać skoro nie wiem co z Kubą. Klucze od mieszkania mam, więc mogę napisać mu kartkę, zamknąć i jechać ale jeśli mu się coś złego przytrafiło,to....sama nie wiem co robić. Siedziałam i rozmyślałam. Nic minie pasowało. Jedno było pewne, że muszę wracać do mamy. Patrzyłam na ludzi przechodzących alejką i zazdrościłam im, że mogą tak sobie spokojnie iść, uśmiechać się, wesoło rozmawiać i nie muszą tu i teraz podjąć decyzji takiej jaką ja muszę. Na ławce obok przysiadła para starszych ludzi, on i ona. Oboje siwiutcy jak gołąbki ale tacy sympatyczni, uśmiechający się do siebie, jakby nie mieli żadnych problemów. Może mają jakieś, na przykład ze zdrowiem ale są razem, cieszą się sobą i każdy problem nie jest im wtedy straszny bo jest obok ktoś, kto przytuli, potrzyma za rękę, pocieszy.

- Ja też tak chcę - mruknęłam sama do siebie i zebrałam się w kierunku bloku.

Kiedy doszłam do parkingu przed blokami, nagle męski głos zawołał moje imię. Przystanęłam nasłuchując.

- Pani Grażynko - usłyszałam gdzieś z góry.

Zadarłam głowę w kierunku skąd dobiegał głos i ma balkonie trzeciego piętra zobaczyłam Franciszka.

- A ten czego? - wyrwało mi się.

- Szuka pani Jakuba?

- Taaakk! - wykrzyknęłam - Wie pan gdzie on jest?

- Niech pani tu przyjdzie - zamachał ręką w geście przywołania. - On jest u mnie...

Niewiele myśląc pobiegłam na górę,ile sił w nogach. Nawet na windę nie zaczekałam. W końcu to tylko trzecie piętro.

Franciszek czekał na mnie w uchylonych drzwiach.

- Dobrze, że panią zobaczyłem, bo dzwonię i dzwonię na wasz numer a tam nikt nie odbiera.

- Nie odbieram bo mnie od godziny niema w mieszkaniu - odparłam oschle i weszłam za nim do mieszkania. -A co z Jakubem, gdzie jest?

Franek zaprowadził mnie do małego pokoiku, gdzie na tapczanie spał w najlepsze Kuba.

Chciałam go obudzić ale Franek powstrzymał mnie przed tym zamiarem.

- Pani Grażynko, nie trzeba. On jest pijany w drobny maczek. Niedawno go położyłem. Na nogach się już nie trzymał. Teraz nic pani z nim nie zrobi - tłumaczył jak wytrawny ekspert w tej dziedzinie. - Wyśpi się to sam przyjdzie do domu.

- Kiedy on do pana przyszedł? -zadałam pytanie jak na przesłuchaniu. Ostro i z miną, która nie należała do moich najsympatyczniejszych.

- Spotkaliśmy się przy kiosku, przed siódmą, po papierosy - tłumaczył, próbując rozładować przykrą sytuację. - Niech się pani nie gniewa na Jakuba, to moja wina. To ja go zaprosiłem na piwo, a potem jeszcze doprawiliśmy wódką. Potem zdrzemnęliśmy się i kiedy Jakub się obudził zaczął od nowa. Ja po paru kieliszkach przestałem ale on pił dalej sam. Nie wiem co mu się stało. Nie chciał nic jeść tylko pił więc zaprawił się szybko. Nigdy nie widziałem go w takim podłym nastroju. Czy coś między wami nie tak, może się pokłóciliście? - dopytywał się natarczywie. - Jakub nic nie chciał mi powiedzieć.

- Panie Franciszku - patrząc mu prosto w oczy, wyrecytowałam jednych tchem. - Między nami wszystko w porządku. Proszę się nie martwić o nas. Gdy Jakub wytrzeźwieje i wróci do domu, to sam mi wszystko opowie.

A panu dziwię się bardzo, że rozpoczyna pan dzień, tak na czczo od piwka i jeszcze kolegę naciąga.

Miałam lepsze zdanie o panu. Żegnam.

Odwróciłam się na pięcie i zbiegłam rozwścieczona na dół.

Byłam wściekła, rozgoryczona i kiedy dotarłam do mieszkania miałam już gotowy plan działania.

- O mój drogi - mówiłam do ściany wygrażając palcem, wyobrażając sobie, że mówię do Jakuba.

- Nie ze mną takie numery, kochanie. Ty sobie w najlepsze drinkujesz, zalewasz robaka, a ja tu świruję i czekam na jaśnie pana. O, nie. Tak się bawić nie będziemy. Przegiąłeś mój drogi. Już miałam kiedyś męża, który zamiast rozmawiać ze mną załatwiał problemy wódką. Drugi raz nie dam się nabrać.

Znalazłam czystą kartkę, napisałam kilka słów; " Jakubie, wyjeżdżam. Obraziłeś mnie. Jeśli chcesz wiedzieć coś więcej, to wiesz gdzie mieszkam".

Kartkę przypięłam na desce kreślarskiej, spakowałam torbę i w niecałe pół godziny opuszczałam granice miasta.