Witam Cię miły gościu.

Zaglądasz do mnie, jakże mi miło.
Zostaw komentarz, swój link, żebym mogła Cię odwiedzić, jeśli mnie zaprosisz.

Jeśli przemkniesz bez śladu, może nie będę płakać ale będzie mi smutno.


Przeglądaj archiwum

Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 5 października 2010

Stara miłość nie rdzewieje ??? ( 34 )

Stało się. Mój ukochany pojechał, a ja zostałam z urażoną ambicją, niezadowolona i poirytowana. Jakby tego było mało, za chwilę wrócili młodzi i od razu córka zaczęła wypytywać o Kubę, bo minęli się z nim po drodze. Nie zdążyłam się przygotować na rozmowę z córką, a widziałam, że i Natale wybałuszał oczy, nasłuchując jakby rozumiał o czym rozmawiamy. Zawsze potrafię robić dobrą mine do złej gry ale nie przed moją Ksenią. Ona potrafi rozpoznać najmniejsze moje niezadowolenie i dotąd piłuje, aż nie wydobędzie ze mnie wszystkiego. Tak było i tym razem. Chcąc nie chcąc musiałam wygadać  co leżało mi na sercu i na wątrobie. Ku mojemu zdumieniu, nie ucieszyła się z wyjazdu Kuby, była nawet zmartwiona. Chyba widziała, że nie bardzo się z tym czułam i starała się mnie się pocieszać. - Mama, nie martw się, Kuba ochłonie po drodze, przemyśli,  to zadzwoni z domu,  a ty sobie odpocznij. Przecież nic takiego mu nie powiedziałaś, ani on tobie. Normalna kłótnia, nie ma się o co szarpać.
Dobrze jej mówić odpocznij, jak ja już zaczynałam żałować swoich słów i tego, że zmusiłam Kubę do wyjazdu. Takiej kłótni jeszcze nie mieliśmy i to z takim zakończeniem. Jeszcze przed godziną miałam go dość, a już żałowałam i chciałam żeby wrócił. Tak to jest z nami kobietami. Zamiast łagodzić emocje to my podsycamy, a potem żałujemy, filozofowałam. Z jednego byłam zadowolona,  z mojej sprawnej ręki. Miałam już dość niesprawności i ciągłego usługiwania mi. Wprawdzie to co robił dla mnie  Kuba sprawiało mi przyjemność ale już mi się znudziło. Teraz gdy w domu pojawił się obcy facet, czułabym się bardzo niekomfortowo. Poszłam do siebie i położyłam się na rogówce. Nareszcie mogłam wyciągnąć się tak jak lubię, na wznak z rękoma założonymi za głową. - Co za ulga, co za frajda - mruczałam zadowolona. Było mi dobrze, wygodnie i nic nie bolało. Nie miałam ochoty o niczym rozmyślać, ani z nikim rozmawiać,  więc przymknęłam oczy i spokojnie zasnęłam. Stara moja wypróbowana metoda, sen jest dobry na wszystko.  Na pewno nie wszystko się przez sen załatwi ale po przebudzeniu już inaczej patrzy się na to co przed zaśnięciem dręczyło. A czasem niespodziewanie znajduje się odpowiedź czy rozwiązanie jakiegoś problemu.
- Mamo, obiad, wstawaj - wołała córka. - Czekamy. Zerwałam się ochoczo, bo byłam głodna, a z kuchni dochodziły kuszące zapachy. - Co macie dobrego - zerknęłam na stół idąc do łazienki. - O, coś nowego - rzuciłam - widząc na półmisku jakąś kolorową potrawę.  - To krewetki z chili i z makaronem - odpowiedziała córka.  No ładnie, zmartwiłam się, bo nie przepadałam za owocami morza. Krewetek jeszcze nie jadłam i nie wiedziałam czy zjem. Kojarzyły mi się z wielkimi różowymi robalami. Byłam obrzydliwa na takie potrawy. Wracałam do stołu z duszą na ramieniu i ustami pełnymi śliny. Nie wypadało mi wybrzydzać więc nałożyłam sobie malutką porcję i zamykając oczy spróbowałam. Posmkowało mi. Danie było  pikantne i delikatne w konsystencji. Do tego dobre winko, więc dołożyłam więcej. Widziałam jak córka przygląda mi się z zainteresowaniem, bo znała  mój stosunek do takich specjałów. - No mama, jestem dumna z ciebie - zażartowała gdy odstawiłam talerz. - Myślałam, że nie dasz rady, a ty nawet dokładkę zrobiłaś. - Wiesz kochanie, z winem to i dżdżownica by przeszła - tym razem ja zażartwałam. - Ale mogłaś mnie uprzedzić. To teraz już tylko robale będziemy jeść, dopóki Natale tu będzie? - ciągnęłam dalej. - Nie, on je wszystko ale owoce morza najchętniej. To u nich normalne, na dziennym porządku. - Wyjaśniała Ksenia, a Natale szczerzył zęby i kiwał głową. 
Nie zabawiłam długo przy stole, bo oni rozmawiali po włosku, a ja nie rozumiałam ni w ząb. Byłam pełna podziwu dla córki, że w tak krótkim czasie opanowała język włoski na mój gust perfekcyjnie, skoro z Natale rozmawiała dużo, szybko i bez zastanawiania się. Jadąc do Włoch, nie umiała ani słowa. Liczyła, że poradzi sobie z angielskim ewentualnie z francuskim, bo też znała, nie tak dobrze jak angielski ale dałaby sobie radę. Jednak w ciągu pół roku musiała posługiwać się tylko włoskim i udało jej się opanować ten język. Od małego miała smykałkę do języków. Pamiętałam jak w wieku sześciu lat uczyła się angielskiego z bajek na kasetach i z dołączonych do kaset kolorowych książeczek z polskimi tekstami i obrazkami. Potem w szkole udało nam sie załatwić prywatnie naukę angielskiego od pierwszej klasy, a potem już lekcje były w programie nauczania szkoły.  Tak, córka zna trzy języki, syn dwa, a matka tylko rosyjski i trochę niemieckiego. Kto w moich szkolnych czasach myślał o językach zachodnich. Królował język rosyjski i dopiero na studiach miałam dwa semestry niemieckiego i cztery języka łacińskiego. I to cała moja edukacja lingwistyczna. Potem cały czas praca, szkolenia, awanse, podyplomówka i nie było czasu na języki. Na nic nie było czasu, tylko na pracę i domowe obowiązki. 
- Mamuś - córka przyszła do pokoju. - Wieczorem robimy grilla, przygotuj się. - Muszę - skrzywiłam się. - Mam siedzieć międzu wami  jak na tureckim kazaniu, to lepiej sami sobie zróbcie. Ja mogę przyjść, zjeść kawałek kiełbaski i wystarczy. Oszczędż mnie córciu - poprosiłam. - Ja się głupio czuję. Ksenia pokiwała głową, uśmiechnęła się i wyszła.  Oglądałam wiadomości gdy nagle wparowała córka, wołając mnie - Mamo, chodź szybko coś zobaczysz. Szybko - ponaglała. Pobiegłam za nią. - Co, gdzie? - pytałam przy drzwiach. Ksenia otworzyła wejściowe drzwi i lekko mnie wypchnęła przodem. - Patrz dobrze  - mruknęła mi do ucha i zawróciła do domu. - Co ty kombinujesz? - ledwo to powiedziałam, na podjazd wjechał samochód Kuby. Zaniemówiłam.  Stałam osłupiała i nie mogłam z siebie wydobyć słowa, gdy Kuba wygramolił się z auta i z wiązanką róż stanął przede mną. - Grażynko, wybacz, wróciłem, bo nie mogłem tak wyjechać - wyrecytował, wciskając mi w ręce róże. - Mogę wejść? - spytał niezbyt pewnie. - No wchodźcież do domu - usłyszałam z przedpokoju córkę. -  Mamo, Kuba, no już - ponaglała. - Tak, proszę, wejdż - odzyskałam głos. - Skąd zawróciłeś? - Nie ważne - odparł. - Idę zamknąć bramę - dodał i po chwili już był z powrotem.
- No i co ja mam  robić z takim facetem? - Zastanawiałam się na głos, wkładając róże do wazonu. - Najpierw się wścieka bez powodu, potem ucieka bez słowa, a następnie zawraca z drogi. Czy ten facet jest normalny? A ja, jestem normalna? - Kuba stał obok i słysząc mój monolog, uśmiechał się pod wąsem. Wyciągnął ręce, objął mnie w pasie i poprowadził na rogówkę. - Usiądź i posłuchaj teraz mnie. Tylko proszę, nie przerywaj, daj mi się wysłowić, a potem powiesz co o tym myślisz. Usiadłam posłusznie, bo byłam ciekawa co ma mi do powiedzenia ale też byłam zadowolona, że wrócił. Mało zadowolona, cieszyłam się jak głupia i w chwili gdy go zobaczyłam przed drzwiami, wybaczyłam mu wszystko co wcześniej  powiedział. Nie mogłam mu tego powiedzieć, bo za bardzo poczułby się górą ale nie chciałam go zbytnio trzymać  na dystans. Siadając przy nim, delikatnie się przytuliłam, niby od niechcenia ale miałam wielką ochotę, żeby mnie objął,  tak jak on tylko potrafi i nie musi już nic mówić. Nie objął mnie  jak pragnęłam, bo widocznie miał coś ważnego do powiedzenia, a wiadomo, że jak facet myśli i mówi to nie robi wtedy nic.  Tak już oni są skonstruowani. - Kotku, tak sobie umyśliłem - zaczął - że skoro wróciła twoja córka i to ze swoim facetem, a ty masz długie zwolnienie, to po co masz tu siedzieć, skoro możesz pojechać ze mną do Lublina. Niech oni się tu sami gospodarzą, a my sobie pomieszkamy we dwoje. Ja będę miał więcej czasu dla ciebie, posiedzimy sobie, może pojedziemy do siostry, bo już jej mówiłem o tobie i  zaprasza nas, pozwiedzamy stare miejsca w Lublinie. Zobaczysz, będzie fajnie. Co ty na to? Siedziałam przytulona przy Kubie, a serducho waliło mi jak oszalałe. Co ja na to, głuptas pyta, myślałam. Pewnie, że ja na to jak na lato. Sama miałam taki pomysł tylko nie dał mi szansy tego zaproponować, swoimi pyskówkami.  - A nie będziesz się ze mną kłócił o pierdoły? - Zaczęłam prosto z mostu. - Będziesz się liczył z moim zdaniem, pójdziesz do dentysty szpitalnego, pomalujesz łazienkę i kuchnię, kupisz wykładzinę i stolik  na balkon ? - Zasypywałam go pytaniami, które były jednocześnie warunkami.  - Tylko tyle? - spytał szeroko się uśmiechając. Nie wiedziałam, czy to było tylko pytanie czy ironia. - A co mało, czy za dużo? - nie zostałam dłużna. - Kotku  - mocno przytulił mnie, tak jak pragnęłam -  po zgodzie wszystko da się zrobić. Tylko nie rozkazuj mi. Nie chcę mieć w domu dyrektorki, tylko ciepłą, miłą kobietę, a ty taka przecież jesteś, prawda? Kurczę, pomyślałam   ale mnie zażył. - No dobra, jestem ciepła i miła, skoro tak mówisz ale kiedy wiem, że ja mam rację, to nie mogę udawać, że nie wiem o co chodzi. Ty też to musisz brać pod uwagę, bo inaczej to nigdy się nie dogadamy, rozumiesz?  
- Rozumiem i powiem ci, że miałaś dzisiaj rację, że mi nagadałaś. To mnie otrzeźwiło. Jechałem i powtarzałem sobie każde twoje słowo. Byłem zły jak nigdy dotąd, bo mnie to zabolało i uraziło.  Zatrzymałem się na stacji benzynowej, poszedłem na kawę i na spokojnie jeszcze raz wszystko przemyślałem. I dlatego zawróciłem. Masz rację Grażyna. Dużo racji. Ja nie umiem się odnaleźć się w prostych sprawach, próbuję ale mi nie wychodzi. Nie chcę cię znowu stracić, pomożesz mi? Ty jesteś bardziej doświadczona, mądrzejsza.... 
- Kuba, już daj spokój - objęłam go za szyję i przytuliłam twarz do jego policzka. - Oboje mamy na dzisiaj dość. Dajmy sobie buzi na zgodę, a jutro z rana wyruszmy na nasze pseudo wczasy.  Będziemy mieli dość czasu na rozmowy. Muszę się jeszcze spakować, aha,  młodzi robią zaraz grilla, więc idziemy, co?
Kuba zamknął mi usta pocałunkiem i gdyby nie to, że nie byliśmy sami, to na pewno ten pocałunek nie skończyłby się tak szybko. - Och Grażynko - westchnął słysząc pukanie do drzwi. - Ja już dłużej tak nie mogę. Ty mnie wykończysz. - Mamo, już gotowe, chodżcie. - Córka uchyliła drzwi. - Czekamy na was.
- Już idziemy - odparłam do córki, a do Kuby - Ja ciebie wykończę, skądże? Ty jesteś jak feniks. 
Oboje wiedzieliśmy o co chodzi. Roześmiani i  beztroscy poszliśmy do ogrodu. Jednak prawdę mówi przysłowie, że z dużej chmury mały deszcz. Nie dość, że nawet małego deszczu nie było to jeszcze zaświeciło nam słońce.
- To nie kiełbaski? - udałam zdziwienie, patrząc na grillowane rybki. - O, pstrągi, to mi się podoba. Ledwo usiedliśmy, a Natale wstał od stolika, podszedł do mnie i wręczając mi bukiecik bratków coś mówił. Przyjęłam kwiatki i patrzę co dalej, a córka mi mówi, że on mnie prosi o jej rękę. Jak wstałam tak i szybko usiadłam. 
- Jak to, o twoja rękę? - wykrztusiłam. - To już, tak szybko? Nawet go dobrze nie poznałam, nic o nim nie wiem, Kseniu, tak nie można. - Mamo, a co ci to da, że pobędziesz z nim parę dni dłużej. I tak się nie dogadacie. Ja go znam i wiem o nim wszystko, to co więcej potrzeba? Popatrzyłam na nich, na Kubę i machnęłam ręką. - Róbcie co chcecie, w końcu to twoje życie dziecko. Ksenia kiwnęła głową do Natale, że tak i wtedy on wyjął z kieszeni pierścionek i włożył go córce na palec. Wypadało im pogratulować, uściskać przyszłego zięcia i cieszyć się razem z nimi. Córka była szczęśliwa i z dumą pokazywała pierścionek. Był piękny. Stara ręczna robota, z białego złota z diamentem, osadzonym w misternie wykonanej koronie. Córka objaśniła, że to bardzo stary pierścionek. Natale dostał go od swojej matki, a to był pierścionek po jej matce. - No to pięknie, córciu - zagadnęłam jak już się nacieszyli zaręczynami. - To kiedy planujecie ślub i gdzie? - No, na przyszły rok wiosną, u niego - usłyszałam i dech mi zaparło. - Co, we Włoszech?  - o mało nie wydarłam się. - A czemu tam, kto tam pojedzie od nas z rodziny? Córka coś pogadała z narzeczonym i spokojnie oznajmiła - Mamuś, my nie robimy wesela i nie zapraszamy nikogo, tylko świadków, was i matkę Natale. Szkoda wydawać forsy na wesele. - Dziecko, a czemu nie u nas? - Dlatego, że matka Natale jest bardzo chora i nie wytrzymałaby tak długiej podróży, nawet samolotem. - A po ślubie gdzie będziecie mieszkać? - drążyłam dalej. - No, ja już tam zostaję, bo Natale tutaj nie ma co szukać, nie zna języka i z pracą byłby kłopot.  Już nic więcej nie pytałam. Odechciało mi się. Zjedliśmy rybkę i z Kubą poszliśmy do domu, a oni zostali przy grillu. Kuba o nic nie pytał, nie komentował, bo widział, że mi się zbierało na płacz.
- Cholera - zaklęłam z naciskiem. - Przecież to na samiutkim południu Włoch. Wychowaj dziecko, wykształć, a potem pojedzie tysiące kilometrów od domu i tyle uciechy. Już po córce. Cholera. Ja tak nie chcę!