Witam Cię miły gościu.

Zaglądasz do mnie, jakże mi miło.
Zostaw komentarz, swój link, żebym mogła Cię odwiedzić, jeśli mnie zaprosisz.

Jeśli przemkniesz bez śladu, może nie będę płakać ale będzie mi smutno.


Przeglądaj archiwum

Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Stara miłość nie rdzewieje ??? ( 29 )



Spojrzałam na jej twarz i uświadomiłam sobie, że plotę bzdury. Stasia patrzyła na mnie lekko wystraszona. Nigdy mnie nie widziała w takim psychicznym dołku. Zawsze to ja pomagałam innym, pocieszałam i emanowałam optymizmem, a tu nagle taka odmiana. Widziałam, że patrzy na mnie nie tyle z przerażeniem co współczuciem, politowaniem. O, nie. Tego nie chciałam. Nie lubiłam jak ktoś mnie żałował albo widział w roli ofiary. Zawsze na zewnątrz miałam twarz jak ja to nazywałam "ciszę błękitu", chociaż w głowie i duszy szalały zamiecie i burze z piorunami. Te słowa " dla obcych ludzi mam twarz jednakową, ciszę błękitu.." spodobały mi się u J.Słowackiego w wierszu: " Smutno mi Boże". Ludzie dają się nabierać i nie widząc łez, smutku na twarzy, myślą, że jestem zawsze szczęśliwa albo, że wszystko po mnie spływa jak woda po kaczce. Widocznie bratowa też tak o mnie myślała. Teraz zobaczyła mnie w psychicznym negliżu. I stąd jej mina. Poczułam się głupio. Jestem starsza od niej, a zachowuję się jak porzucona małolata.
Uspokoiłam się i zapadłam w coś co można nazwać odrętwieniem. Posiadam zdolność, której być może inni nie mają, a mianowicie przedziwny dar przekonywania siebie. Potrafię sobie wmówić lub wręcz nakazać to co chcę. Teraz potrzebny mi był spokój i opanowanie, więc po chwili już taka byłam. Pełna flauta. Nawet się uśmiechałam i dowcipkowałam. Bratowa przekonana, że już wszystko u mnie w porządku zostawiła mnie samą w pokoju i poszła na spacer. Ja byłam naprawdę już spokojna. Metoda auto perswazji zadziałała bezbłędnie. Już całkiem bez emocji, na zimno przemyślałam całą sprawę z Kubą i doszłam do wniosku, że jeśli zadzwoni, wytłumaczy się, a co najważniejsze zrozumie swój niecny postępek, to mu wybaczę i dam kolejną szansę. Jeśli tego nie zrobi, to mówi się trudno. Koniec sielanki. Żyłam tyle lat bez niego, to pożyję jeszcze. Będzie mi trudno, bo to co odżyło, plus to co już przeżyliśmy razem miało dla mnie duże znaczenie i chciałam to utrzymać, mimo wielu wad Kuby według mojej oceny, mimo rozbieżności naszych oczekiwań i przyzwyczajeń. Miałam przecież dowody na to, że mu na mnie bardzo zależy, że się stara, tylko wciąż wyłaziły nowe i zaskakujące warianty, które przyćmiewały te poprzednie. Nie znałam siebie na tyle, żeby być na sto procent pewną, że wszystko wytrzymam, że dam radę, że się nie zniechęcę. Tego nikt nie wie, tym bardziej jeśli coś dzieje się z zaskoczenia, w najmniej oczekiwanym momencie, a szczególnie jeśli spodziewamy się dojrzałego zachowania, troski, odpowiedzialności, a wyskakuje coś zupełnie przeciwnego.
Zakopałam się w pościeli i próbowałam zasnąć. Wiedziałam, że niedługo przyjedzie brat i będą mnie chcieli zabrać do siebie. Nie byłam jeszcze w stu procentach zdecydowana co zrobię. Rozsądek nakazywał zgodzić się, a moje ja buntowało się. Kocham swój dom i nie lubię z niego wyjeżdżać. Tutaj czuję się najbezpieczniej, najpewniej. Mam swoje ulubione kąciki, sprzęty, zwyczaje, które w innym miejscu są nieosiągalne, chociażby ktoś chciał mi nieba przychylić. Po co mam skazywać się na dyskomfort psychiczny, kiedy wolę się nawet pomęczyć byle być u siebie. Chyba jednak nie pojadę, podjęłam decyzję i za chwilę film mi się urwał.
Kiedy się obudziłam Stasia rozmawiała z kimś przez telefon.
- Miruś nie przyjedzie - objaśniła widząc, że już nie śpię. - Komputer pokładowy mu siadł w samochodzie. Będzie miał auto dopiero za trzy, cztery dni.
- No widzisz - ucieszyłam się. - Za dwa dni to ja już będę do przodu więc nie musicie mnie zabierać do siebie. Ty sobie tu odpoczniesz od domowych zajęć - próbowałam pocieszać bratową, która nie była zbyt uradowana perspektywą dwóch dni na wygnaniu. - Czuj się jak na wczasach, a ja muszę się przyzwyczajać do samodzielności. Trochę mi pomożesz i będzie fajnie.
- Gadasz od rzeczy - popatrzyła na mnie z wyrzutem. - Nie martwię się, że jestem tutaj, tylko o koszt naprawy samochodu. To pieroństwo kosztuje kupę forsy, a mieliśmy kupić nowe okna do domu u mamy. Mirek już zamówił i wpłacił zaliczkę.
- Wszystkie okna chcecie wymienić - pytałam zaskoczona. - Toż to ogromny wydatek. Cena okien i koszt robocizny...
- Tak, wszystkie jedenaście.
- Cholera - mruknęłam. - To macie problem. Jak sobie Mirek da radę bez samochodu?
- No właśnie - Stasia westchnęła i usiadła w fotelu zasępiona.
- Młoda - wyskoczyłam, po chwili namysłu. - Daj mi telefon. Mam pomysł.
Podała mi słuchawkę do ręki.
Wykręciłam numer do brata i od razu zaproponowałam, żeby przyjechał pociągiem po mój samochód.
- Przecież ja nie będę na razie jeździć samochodem - argumentowałam. - Ma stać bezczynnie to niech tobie służy, skoro twoje jest w serwisie.
- Życie mi ratujesz siostra - usłyszałam. - Już się biorę, kolega mnie zawiezie i wrócimy jeszcze dzisiaj.
Bratowa z radości mnie wycałowała.
- Wiesz, że nawet mi na myśl nie przyszło, żeby skorzystać z twojego auta.
- Bo najlepsze rozwiązania są zawsze pod ręką, Stasiu - wymądrzałam się, mając poczucie przydatności dla brata. - Nareszcie siostra przyda się na coś braciszkowi, nie?
- Chyba pamięć straciłaś jeśli tak mówisz - obruszyła się i popatrzyła na mnie z przyganą. - Tyle co ty nam już pomogłaś, to nigdy ci się nie odpłacimy.
- Dobra, dobra - szturchnęłam ją. - Nie licytujmy się. Po to się ma rodzinę, jak mawia Mirek. I przestań chrzanić o odpłacaniu, lepiej zrób coś na obiad, bo mi burczy w brzuchu.
- Racja, to już pora obiadu - złapała się za głowę. - A na co masz ochotę?
Popatrzyłam na nią i roześmiałam się. - Pytasz jak dziecka. Wymyśl coś.
Nie miałam ochoty na nic szczególnego. Od dawna nikt mnie nie rozpieszczał. Czułam głód to wrzucałam do garnka, co znalazłam w lodówce i gotowałam. Najczęściej zupę z wkładką albo zapiekankę z ryby. To gotowało się szybko, bez pichcenia. Co innego, gdy przyjeżdżał Kuba, o, to wtedy przechodziłam samą siebie. Komuś lubiłam dogadzać ale dla siebie, szkoda mi było czasu.
Widząc jak bratowa buszuje po szafkach w poszukiwaniu pomysłu na obiad, zaproponowałam.
- Oj, co ugotujesz to zjem, byle szybko. Mogą być ziemniaki i jajko sadzone, do tego maślanka, albo żurek z torebki.
- Już się robi, ja też chętnie to zjem - Stasia poszła do kuchni, a ja wpakowałam się do łóżka. Prochy przeciw bólowe robią swoje. Po paru minutach zasnęłam.
- Grazia, podać ci do łóżka, czy wstaniesz do stołu - obudziło mnie wołanie Stasi. - - O Boże, ale mi się zdrzemnęło - poderwałam się i syknęłam z bólu. - Cholera, dokąd tak będzie boleć - warknęłam, gramoląc się z pościeli.
- Już idę - odkrzyknęłam.
Doczłapałam do kuchni, gdzie na stole apetycznie parowały świeżutkie ziemniaczki. Lubię jadać w kuchni. Czuję wtedy, że jestem w domu. Od dziecka tak lubiłam. Kiedy zaglądam czasem do Krystyny, mojej przyjaciółki, to uwielbiam siedzieć z nią przy kuchennym stole. Jakoś lepiej się rozmawia. Jest tak swojsko i przytulnie. Ona się kryguje, zaprasza do stołowego, a ja wolę w kuchni. Musiałam w poprzednim wcieleniu być kucharką. Wprawdzie potwierdza się to tylko w chęci przebywania w kuchni, bo żeby w skłonnościach do gotowania, to raczej nie. Kiedy byłam młodsza, marzyłam żeby doczekać czasów, kiedy jedzenie będzie w tabletkach. Uważałam, że za dużo czasu pochłania robienie zakupów,przygotowanie posiłku, który znika w przeciągu kilku minut w żołądku. A potem trzeba jeszcze zmywać, sprzątać. Ech, to nie dla mnie. Niestety, takie czasy nie nadeszły. Owszem, są zupki w torebkach ale to też trzeba gotować.
Rzuciłam się do talerza jakbym tydzień nie jadła. Bratowa dobrze gotuje. Zwykłe ziemniaki potrafi przyrządzić tak, że smakują jak delicje. Przysmażona cebulka na masełku, świeży koperek, szczypiorek na sadzonych jajkach, dodają smaku i zapachu. - Niebo w gębie - pochwaliłam, robiąc sobie dokładkę. - Dawno mi tak nie smakowało.
- To znaczy, że zdrowiejesz - zaśmiała się, połechtana pochwałą. - Może na kawę wyjdziemy do ogrodu, ładna pogoda, szkoda siedzieć w domu - dodała.
- W szlafroku? - spojrzałam na swoje odzienie. - Nie chce mi się przebierać.
- A cóż to szkodzi - wzruszyła ramionami. - Jesteś u siebie, a twój szlafrok wygląda jak sukienka. Wstawiam wodę na kawę i wyskoczę do sklepiku po ciastka. Zanim się woda zagotuje będę z powrotem.
Woda się zaczęła gotować, a jej jeszcze nie było. Dokuśtykałam do pieca i wzięłam się za parzenie kawy. Najwięcej trudności miałam z wyciągnięciem ręki wysoko do szafki, po filiżanki. Zabolało, trochę poklęłam ale udało się. Reszta poszła gładko. - Nie jest tak źle ze mną, stwierdziłam - widząc wchodzącą bratową. - Kawa zaparzona. Radzę sobie, jak widać na załączonym obrazku.
- Jak jeszcze dasz radę sama się umyć, to ci uwierzę - zachichotała Stasia, wykładając zakupy. - Kupiłam też wędlinę, bo jak przyjedzie Miruś z kolegą, to jakąś kolację trzeba zrobić, nie?
- Jasne - kiwnęłam głową. - Może grilla, mam co trzeba, Stoi w garażu.
- To potem, a teraz idziemy do ogrodu - zadysponowała. - Najpierw zaniosę kawę i ciastka, a potem przyjdę po ciebie.
Wyszła, a ja chcąc pokazać, że sobie radzę poczłapałam za nią. Kiedy zamykałam wejściowe drzwi, obróciłam się tak jakoś niezdarnie, że stopą zamiast stanąć na schodku "stanęłam" za schodkiem. Na szczęście nie poleciałam na ziemię, tylko osunęłam się przy ścianie. Stasia podbiegła z krzykiem - Wariatko, mało ci - złościła się, podnosząc mnie. - Stara a głupia. Nic ci się nie stało?
- Nic, daj spokój, nie wrzeszcz na mnie - broniłam się. - Przecież muszę się poruszać, to przez te wąskie schody. Już dawno miałam je kazać poszerzyć.
- Nie zganiaj na schody - mruczała prowadząc mnie do ogrodu. - I ty chcesz sama tu zostać. Widzisz, że nie możesz, że musisz mieć pomoc - pastwiła się nade mną.
Nic jej nie mówiłam ale obsuwając się przy ścianie uraziłam ranę na ręce. Piekło jak diabli. Zaciskałam zęby i uśmiechając się półgębkiem, sączyłam kawę, zagryzając ciasteczkami.
Pogoda była wręcz śliczna. Kawa w ogrodzie i przy takiej pogodzie smakowała wyjątkowo. Lubię takie leniuchowanie. Ciepło, lekki wiaterek i zapach skoszonej trawy za płotem rozleniwiały. Wszystko byłoby cudne, gdyby nie ten cholerny ból pod opatrunkiem. Rwący, pulsujący i piekący. Dało się jakoś wytrzymać.
Gawędziłyśmy ze Stasią o wszystkim. O dzieciach, o pracy, mamie ale zauważyłam, że bratowa omija temat pod hasłem "Kuba". Ani raz nie zagadnęła o nim. Chyba nie chciała mnie stresować. Ja się z tego ucieszyłam, bo nie miałam już ochoty poruszać przykrego tematu.
Słońce schowało się za górkę i zaraz potem poczułyśmy chłód.
- Zbieramy się domu, co - zwróciła się do mnie Stasia. - Chodź, najpierw cię odtransportuję, a potem wrócę po tacę.
Ledwo zrobiłyśmy parę kroków, gdy na podwórko podjechało jakieś auto.
- O, już jest Miruś - bratowa ruszyła, ciągnąc mnie za sobą. - Może zostaniesz, to zrobimy od razu grilla - przystanęła - przyniosę ci coś cieplejszego, no jak?
- Nie, wolę iść do domu - odparłam i szłam powolutku. - Zróbcie grilla beze mnie. Ja się położę.
- No co połamańcu? - braciszek cmoknął mnie w czoło. - Jedziesz z nami, tak?
- Pogadamy jeszcze - mruknęłam. - Przecież już nie wyjeżdżacie.
Kolega nie miał czasu zostać dłużej, więc po wypiciu kawy pojechał, a my zasiedliśmy do kolacji.
Brat opowiadał co słychać u mamy, że już jest znacznie lepiej, że czeka na mnie ale brat trochę nazmyślał, że mam jakiś pilny kurs dwutygodniowy i nie będę mogła przyjeżdżać.
- Dobrze skarbie, że nie powiedziałeś mamie prawdy - spojrzałam na brata z wdzięcznością. - Po co ma się martwić, kiedy sama jest cierpiąca. Potem jakoś jej to wytłumaczymy.
Po kolacji brat bez pardonu, prawie siłą wymógł na mnie zgodę na wyjazd. Stasia zaczęła mnie pakować. Siedziałam naburmuszona i nieszczęśliwa. Już nie z tego powodu, że muszę jechać ale dlatego, że wciąż czekałam na telefon od Kuby. Liczyłam na to, że przemyślał i lada chwila, a może godzina, zadzwoni i przeprosi. Jeśli wyjadę, to nie będę wiedziała czy dzwonił, a on jeśli zadzwoni, nie będzie wiedział co ze mną skoro nie odbieram telefonu. Numeru do brata nie zna, a przecież nie mogłam teraz zadzwonić i powiedzieć, że wyjeżdżam, skoro obraziłam się i rzuciłam słuchawką. Nie pamiętałam czy zapisał sobie numer mojej komórki. Gryzło mnie to i nie wiedziałam jak z tego wybrnąć. Zaczęłam żałować, że tak szybko skończyłam z nim rozmowę, że może zbyt ostro go potraktowałam, że mogłam przeczekać, dać mu się wytłumaczyć. Nie wiedziałam już co mam myśleć, a nie chciałam im nic mówić, bo znowu brat będzie się podśmiewał ze mnie.
Wymogłam tylko tyle, że pojedziemy rano. Trochę mi ulżyło, bo miałam nadzieję, że może jeszcze dziś zadzwoni, chociaż to było raczej wątpliwe. Dochodziła już dwudziesta druga, a Kuba bardzo przestrzegał etykiety. Leżałam w łóżku i patrzyłam w telefon jak w czarodziejską kulę. Przysypiałam i zrywałam się, z nadzieją, że słyszę dzwonek. Telefon milczał jak zaklęty. Ze dwa razy wstawałam sprawdzić, czy jest sygnał, czy słuchawka źle nie leży. Kompletnie mi odbiło, stwierdziłam przy drugim sprawdzaniu. On sobie w najlepsze śpi, a ja tu czekam i zachowuję się jak głupia szczeniara. Połknęłam tabletkę na spanie, żeby już się nie wybudzać.
Chyba długo spałam, bo kiedy otworzyłam oczy, słońce przedzierało się przez żaluzje. To oznacza, że już dziewiąta, pomyślałam, chociaż nie byłam pewna. Leżałam tak zastanawiając się, bo nie chciało mi się odwracać głowy w stronę zegara. Nagle usłyszałam jakieś ożywienie w kuchni. Pewnie już śniadanie, pomyślałam, a ja jeszcze w łóżku. Usiadłam ale głowę miałam jakąś ciężką, jakbym była wstawiona. To przez tę tabletkę. Powinnam jeszcze spać parę godzin, bo inaczej to będę taka skołowana przez cały dzień. Położyłam się i przymknęłam powieki. Chyba przysnęłam na chwilę. Nie był to jednak głęboki sen, bo co raz dobiegały do mnie odgłosy zza ściany. Jakieś okrzyki,śmiechy. Co tam się dzieje,ciekawość wzięła górę i znowu usiadłam nasłuchując. Wtem drzwi od pokoju uchyliły się ostrożnie i w progu stanął mój brat i bratowa, a za nimi Kuba. Mój Kuba. Otworzyłam szeroko oczy, wydałam okrzyk - Aaaa!! - i tak zostałam.
- Siostra - brat podszedł i mrugnął szelmowsko. - Na nas już czas. Masz już swojego opiekuna. Daj pyska - cmoknął mnie z dubeltówki w policzki. Bratowa zrobiła to samo i wyszli.
- Jestem kotku - odezwał się Kuba nieśmiało, siadając na kraju posłania . - Widzę, kotku - odpowiedziałam i wyciągnęłam rękę do powitania, a serce waliło mi jak po szybkim biegu. Głupie to moje serce, pomyślałam, przymykając powieki, bo czułam, że już polecą łezki.