Witam Cię miły gościu.

Zaglądasz do mnie, jakże mi miło.
Zostaw komentarz, swój link, żebym mogła Cię odwiedzić, jeśli mnie zaprosisz.

Jeśli przemkniesz bez śladu, może nie będę płakać ale będzie mi smutno.


Przeglądaj archiwum

Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Stara miłość nie rdzewieje??? ( 27 )

W nocy wstawałam kilka razy, bo mimo liczenia baranów nie mogłam zasnąć.
Gdzieś około czwartej wyszłam po cichutku na podwórku. Robiło się już jasno. Za chwilę przyszedł brat i usiadł koło mnie na ławce. Siedzieliśmy tak w milczeniu paląc papierosy. W pewnym momencie brat objął mnie za ramiona i powiedział
- No siostra, mów o co chodzi.
- O nic, wszystko gra - odparłam. - Spać nie mogę i to wszystko.
Brat popatrzył na mnie, zmrużył oczy i pokiwał głową.
- Ty chcesz mnie, starego wróbla na plewy brać? - klepnął mnie lekko w plecy. - Za dobrze cię stara znam. Coś z Kubą... - zawiesił głos. - Gadaj tu zaraz, tylko całą prawdę.
Chwilę milczałam zastanawiając się czy mu powiedzieć o wszystkim. Zdecydowałam, że powiem. W końcu komu mam się zwierzyć jak nie bratu. Ciekawa byłam jak on to wszystko oceni i co powie na moje zakusy, żeby nakłonić Kubę do upomnienia się o forsę.
Dość szczegółowo powiedziałam o wszystkim i czekałam co on na to.
Brat milczał. Po chwili wstał i zaczął krążyć wokół ławki. To był jego sposób na pomaganie sobie w myśleniu. Robił tak odkąd pamiętam. Po którymś okrążeniu, stanął przede mną i powiedział tylko trzy zdania.
- Zostaw to. Kuba ma rację. To już przeszłość, a ty daj sobie spokój.
- Mirek ale przecież - próbowałam tłumaczyć. - On został wrobiony....
Brat położył mi dłoń na ustach i jeszcze raz powtórzył
- Zostaw to, bo będziesz żałować. Nie ma tematu. Idziemy spać.
- Jeśli tak uważasz, to chyba cię posłucham - niechętnie przytaknęłam, wstając z ławki. - Dziękuję Mirciu. Dobrze, że ci powiedziałam. Chyba już mi trochę lżej na duszy. Masz rację, to w końcu nie moja sprawa. Widzisz, jak mi się przydałeś.
Mirek objął mnie i śmiejąc się powiedział
- Starucho, od tego masz brata, żeby nie robić głupot. Prawdę mówię?
- Prawdę, prawdę braciszku, tylko z tą staruchą to przesadzasz - udałam obrażoną.
- Staruszko, będzie lepiej? - znowu się roześmiał i dał mi kuksańca w bok.
- Głupek - odcięłam mu się. - Masz szczęście, że cię lubię i jesteś młodszy, a ja młodszych nie biję. Zmykaj do żony.
Często tak droczymy się z sobą. Kiedy byliśmy dziećmi, to biliśmy się prawie codziennie. Rodzice nie mogli sobie z nami poradzić. Awantury wybuchały w najmniej spodziewanych sytuacjach. Ja, jako starsza chciałam nim rządzić, za przyzwoleniem rodziców, a on uparciuch nie pozwalał na to. tak było do czasu aż Mirek nie wyprowadził się z domu. Po ślubie zamieszkali ze Stasią w innym mieście i nagle zaczęliśmy za sobą tęsknić. Staliśmy się sobie bliscy i niezastąpieni w wielu sprawach. Czasem sami się nad tym zastanawiamy, dlaczego tak było źle, w młodości między nami, a potem już tylko dobrze. Nie mamy na to odpowiedzi. Ważne, że jest dobrze i oby tak było zawsze.
Brat chociaż młodszy o trzy lata, ma u mnie same plusy. Jest fantastycznym facetem. Od bardzo dawna mówiłam w żartach, że gdybym spotkała mężczyznę podobnego z charakteru do brata, to gotowa byłabym zrobić dla niego wszystko, o co tylko by poprosił. Co tu dużo mówić, jest wierną kopią ojca, więc chyba dlatego tak trudno było mi zaakceptować moich partnerów życiowych. Dwa pozytywne wzorce, to za dużo żeby nie porównywać innych mężczyzn z nimi.
W sumie to dobrze, że przyjechali. Poznali Kubę, on ich, a ja dzięki bratu nie zrobię niewłaściwego ruchu. Pogodzona z sobą i wyciszona zasnęłam, mimo że już było całkiem jasno.
Obudził mnie dziwny dźwięk. Jakieś mruczenie, warczenie. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Kubę znęcającego się nad aparatem do mierzenia ciśnienia.
- Co ty kotku robisz? - spojrzałam na niego i wstałam z łóżka, bo minę miał jakby mocował się z przeciwnikiem.
- Próbuję prezent od ciebie ale to tylko warczy i nic nie mierzy. Zobacz - podał mi aparat.- Chyba jest zepsuty.
- Kuba - wzięłam aparat i otworzyłam pokrywę baterii. - Spójrz, tu jest blokada baterii. Ten foliowy paseczek trzeba po prostu wyjąć i już.
-Aaaaa.. - pokiwał głową. - Skąd ja miałem o tym wiedzieć. Myślałem, że się zakłada na nadgarstek, włącza i będzie wynik, tak jak pokazano na opakowaniu .
- Wiesz co - warknęłam niegrzecznie. - Trochę techniki i się gubisz. Jak blondynka.
Chyba przesadziłam, bo Kuba zebrał się i wyszedł z pokoju. No dobra, przesadziłam ale czemu on jest taki tępy we wszystkim co jest trochę bardziej skomplikowane. Kurcze, przecież to inżynier, a nie dozorca, nie ubliżając dozorcom. Chociaż teraz każdy kto tylko chce, potrafi się posługiwać takimi przedmiotami. To proste jak drut. Wstałam naładowana jak chmura gradowa. Tak mi było fajnie gdy się kładłam spać, a teraz dostaję wściku. Jestem niewyrozumiała, wiem ale jak można się nie wściekać na takie indolenctwo. Toż dzieci więcej potrafią.
Ochlapałam się pod prysznicem i wyszłam z łazienki już udobruchana. Nawet podeszłam do Kuby i cmoknęłam go w policzek z krótkim - Przepraszam, źle spałam.
Uśmiechnął się, to znaczy, że zostało mi wybaczone.
Przy śniadaniu humory nam powróciły. Brat opowiadał przeróżne śmieszne historie ze swojej pracy, Kuba też się rozkręcił. Zauważyłam, że brat odnosił się do Kuby z większą serdecznością niż wczoraj. Chyba to efekt moich zwierzeń. Podobało mi się to, a Kuba jakby poczuł się pewniejszy, bardzie dowartościowany. A kiedy razem zaczęli naprawiać oberwane rynny i naciągać obwisły drut naciągowy od siatki, to widać było, że są w świetnej komitywie. Bratowa nie mogła wyjść z podziwu.
- Popatrz Grażynko - mówiła konfidencjonalnym szeptem. - Miruś, taki ostrożny w nawiązywaniu nowych znajomości, a Kubę traktuje tak, jakby się od dawna znali. To mu się zdarza bardzo rzadko .
- Traktuje go już jak szwagra - zażartowałam. - To dobrze, bo i Kuba czuje się pewniej. A wiesz, że on obawiał się spotkania z wami.
- Ty poważnie myślisz o małżeństwie z Kubą - niespodziewanie spytała. - Nie lepiej jeszcze poczekać?
Zaskoczyła mnie tym pytaniem, bo zabrzmiało to tak, jakby wątpiła w prawdziwość naszych uczuć i planów.
- A co, masz coś przeciwko?
- Nie mam nic przeciwko, tylko uważam, że powinniście bliżej się poznać, zżyć - odparła i popatrzyła na mnie jakoś tak badawczo, jakby oczekiwała zwierzeń.
Zastanowiłam się czy aby brat nie powiedział jej o Kubie ale chyba nie, bo obiecał, że zatrzyma to dla siebie, a on nie mówi słów na wiatr. Być może zapytała tak po prostu, w dobrej wierze.
- Stasiu, też przez jakiś czas zastanawiałam się nad tym samym ale na co mamy czekać - starałam się mówić spokojnie i przekonywająco, chociaż w chwili gdy to mówiłam, poczułam, że sama nie jestem tak na sto procent pewna. - Zresztą, nie zamierzam brać ślubu tak od razu - dodałam. - Może najpierw pomieszkamy razem parę miesięcy i zobaczę jak będzie wyglądało nasze życie, jak to się mówi, w przydeptanych kapciach.
Bratowa uniosła brwi, jakby moje słowa ją zaskoczyły.
- Nie dziw się - mówiłam dalej. - Wiem, że to nie uchodzi, tak bez ślubu ale wolę tak, niż szybki ślub i potem żałować. Kuba chciałby już, bo dla niego to wygodne. Miałby żonę i nie byłby zdany tylko sam na siebie, jak do tej pory. Ale problem polega na tym, że ja jeszcze nie chcę przestać pracować, a on nie może wyjechać z Lublina. Musimy jakoś to pogodzić. Może wezmę ze dwa miesiące bezpłatnego urlopu i pojadę do niego, jak tylko mama będzie już po szpitalu.
- No to masz o czym myśleć - westchnęła i pokręciła głową. - Podziwiam cię, że w tym wieku chce ci się wchodzić w związek i brać na siebie takie obowiązki. Przecież teraz masz święty spokój. Żyjesz sama, robisz co chcesz, a jak będziesz z Kubą to skończy się wolność. Myślałaś o tym?
- Myślę, nie widać tego? - zaśmiałam się. - Pewnie, że myślę ale też myślę o tym, że może już nie spotkam innego faceta, a nawet gdyby, to nie wiem czy podjęłabym decyzję o związaniu się na stałe, po prostu bałabym się. A Kuba, jest mi bliski i znam go od dawna i co tu dużo mówić, chcę być z nim i już.
- A jak wam nie wyjdzie? - drążyła bratowa. - Co wtedy?
- Eeee, nie kracz - obruszyłam się. - Co ma nie wyjść. Dajmy już spokój tym dywagacjom i bierzmy się do obiadu, bo chłopaki będą wołać jeść.
Zaczęłyśmy przygotowywać obiad. Stasia chciała coś prostego i szybkiego, zupę z wkładką z kiełbasy ale ja miałam ochotę na prawdziwe duszonki, takie jak robiła moja babcia i mama. Wiedziałam, że brat to lubi, a Kuba na pewno nigdy nie jadł. Będzie miał okazję spróbować. Potrzebne składniki miałam, więc wystarczyło tylko obrać ziemniaki, marchew, buraczki, pokroić to wszystko w grubsze plastry, dodać cebulę w piórkach, plastry boczku i kiełbasy. Potem posolić, popieprzyć, wymieszać, ułożyć ciasno w rondlu, do którego najpierw kładzie się na dno tłuszcz i liść kapusty. Następnie szczelnie nakryć pokrywą i postawić na piec. Po czterdziestu minutach wyżerka gotowa. Do przepicia mogę zrobić czerwony barszczyk albo bulion. Przygotowanie poszło sprawnie i kiedy duszonki już dochodziły, a bratowa przygotowywała stół do obiadu, rozległ się dzwonek przy bramce. Pobiegłam zobaczyć, kto tam jest. Pewnie listonosz, bo to była odpowiednia pora na listonosza. Ale zamiast listonosza przy bramce stała obca kobieta, w średnim wieku, dość tęga i taka jakaś zaniedbana. Gdy mnie zobaczyła uśmiechnęła się i od razu zaczęła
- Proszę pani, ja bardzo przepraszam, nie ma pani niepotrzebnych ubrań, butów,takich na mnie i na moją siostrę, trochę szczuplejszą. Mieszkamy w drugiej wsi, jesteśmy z Ukrainy i na razie nie mamy pracy....daj pani coś, Bóg pani wynagrodzi - klepała jak pacierz.
Po akcencie poznałam, że jest od wschodu więc nie pytając wiele, kazałam poczekać w ogródku na ławce, a sama pobiegłam szybko na piętro do szafy z nieużywanymi ubraniami. Ucieszyłam się, że mogę komuś dać trochę ubrań, bo i tak miałam tego za dużo i tylko zajmowały miejsce. Wybrałam kilka par spodni, swetrów, bawełnianych bluzek, dwie kurtki, jakieś spódnice, parę zimowych butów i zapakowałam to wszystko do worka. Worek był dość ciężki i duży. Wzięłam go w ręce i powoli, ostrożnie zaczęłam schodzić po schodach. Schody na piętro są wąskie i płytkie. Gdy postawiłam stopę na drugim stopniu, nagle noga mi się ześliznęła i runęłam razem z workiem na dół. To był tylko moment gdy znalazłam się na dole, rozpłaszczona na posadzce. Nawet nie zdążyłam krzyknąć. Próbowałam się podnieść ale potworny ból lewej ręki i prawego kolana unieruchomił mnie. W tym samym momencie na werandzie zjawił się brat, przywołany przez Stasię na obiad. W pierwszej chwili brat widząc mnie leżącą przy schodach obok worka, roześmiał się
- Co ty robisz, jakieś modły odprawiasz...- po czym usłyszałam.
- O cholera, Grażyna, co z tobą? Pomóż mi - zwołał do zbliżającego się Kuby.
- Powoli - syknęłam. - Ostrożnie, bo chyba mam rękę i nogę złamaną.
Kuba widząc mnie w takim stanie aż pobladł. Pochylił się nade mną i spytał - Bardzo boli kotku?
- Jak cholera, chyba to widać. Dajcie ten worek kobiecie...czeka w ogródku na ławce - wyjęczałam. - To dla niej. Zniosłam go z góry.
- Czyś ty zwariowała?! - brat nie krył oburzenia, biorąc worek. - Dobre mi zniosłam. Zleciałam, powiedz. Z takim worem schodzić po schodach? Mogłaś go sturlać albo zawołać któregoś z nas. Widząc moją cierpiącą minę zamilkł i poszedł z workiem, a Kuba i bratowa pomogli mi wstać. Na szczęście noga nie była złamana, tylko kolano porządnie stłuczone i mocno otarty naskórek. Przy próbie stawania, czułam dotkliwy ból. Natomiast z ręką było gorzej. Wyglądało, że jest wywichnięta w stawie barkowym, a skóra od ramienia do nadgarstka była starta do krwi. Ból był tak przejmujący, że robiło mi się słabo. Dobrze, że miałam silne tabletki przeciw bólowe. Od razu połknęłam dwie. O obiedzie nikt nie chciał słyszeć tylko usiłowali przekonać mnie, że należy natychmiast jechać do szpitala.
- Pojedziemy jak zjemy obiad - postanowiłam. - Nie wiadomo jak długo tam zabawimy, a śniadanie było dawno. Piętnaście minut nas nie zbawi, a mnie się nic nie stanie przez ten czas - uparłam się. - Ja też chcę jeść.
To przeważyło i wszyscy posłusznie usiedli do posiłku. Ja zjadłam zaledwie parę kęsów, bo ból mimo tabletek potęgował się. Kuba cały czas spoglądał na mnie ze współczuciem i co chwilę gładził mnie po zdrowej ręce. Uśmiechałam się do niego, bo było mi lżej, że tak się o mnie troszczy. W ogóle, sama świadomość, że mam przy sobie mojego mężczyznę, który ze mną przeżywa ból i chce mi jakoś ulżyć, była dla mnie czymś nowym i bardzo pomocnym w tej trudnej chwili.
- I co ty sieroto zrobiłabyś , gdyby tu nie było z tobą nikogo? - nie wytrzymał brat. - Stara a głupia ta moja siostra, zwrócił się do Kuby. Prawda szwagier?
- Mirek, nie żartuj sobie - zmitygował go Kuba. - Nie widzisz, że cierpi, a ty jej jeszcze dokuczasz. Nieszczęścia chodzą po ziemi, przecież nie spadła specjalnie.
- Kotku - zwrócił się do mnie. - Jedziemy. Gdzie masz potrzebne dokumenty?
- Wszystko w torebce, na fotelu - mruknęłam, zaciskając z bólu zęby.
- Ludziska - odezwał się Mirek. - Pojedziemy moim autem, bo jest większe. Do Tico siostra nie wejdziesz w takim stanie.
- To prawda - kiwnęłam głową. - Chodźmy już, bo się posikam z bólu. Zobaczcie jak mi kolano spuchło.
- Jezu! - krzyknęła bratowa, łapiąc się za głowę. - Tam musi być coś pęknięte.To puchnie w oczach.
Podtrzymywana przez brata i Kubę, pomalutku przemieszczałam się w kierunku wyjścia.
Bratowa została w domu. Kiedy już brat usadowił mnie w samochodzie, a Kuba otwierał bramę, wybiegła z domu nawołując.
- Kuba, pozwól szybciutko na chwilę. Telefon do Ciebie, jakiś Jarek, czy Marek, nie zrozumiałam.
- Pewnie musi szybko wracać, skoro Jarek dzwoni - skwitowałam na głos.
Po dłuższej chwili do auta podszedł Kuba blady jak ściana.
- Co jest? - mruknęłam ale widząc, że nic nie mówi, ponagliłam go. - Siadaj szybko i jedźmy już. Po drodze opowiesz.
Kuba nabrał powietrza i drętwym głosem powiedział
- Miałem włamanie do mieszkania.
- Co?!!! - wrzasnęłam mimo bólu. - Skąd wiesz?
- Jarek dzwonił. Policja trafiła do niego szukając namiaru na mnie. Sąsiedzi z mieszkania obok, powiadomili Policję, gdy wcześnie rano zobaczyli drzwi otwarte na oścież. Jak weszli do mieszkania i nie znaleźli mnie, a do tego zobaczyli wyłamany zamek w drzwiach, to zawiadomili Policję. Chyba muszę jechać Grażynko.... - przy ostatnich słowach głos mu się załamał.
- Szlag by to trafił - zaklął brat. - I co teraz...