Witam Cię miły gościu.

Zaglądasz do mnie, jakże mi miło.
Zostaw komentarz, swój link, żebym mogła Cię odwiedzić, jeśli mnie zaprosisz.

Jeśli przemkniesz bez śladu, może nie będę płakać ale będzie mi smutno.


Przeglądaj archiwum

Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 12 lipca 2010

Stara miłość nie rdzewieje??? ( 25 )

Ani moje przewidywania, że będę całą noc rozmyślać o tym co usłyszałam, ani oczekiwania Kuby na eksplozje czułości nie spełniły się. Ledwo zdążyliśmy się przytulić do siebie, a już Kuba padł, a ja za chwilę po nim. Obudziliśmy się przed południem. Kuba popatrzył, pokiwał głową i poczęstował mnie na dzień dobry dość niewybredną fraszką.
Na moje pytanie - No jak, wyspałeś się fajnie?
Odpowiedział - Tak, tak, bardzo fajnie - a potem znienacka wystrzelił.
- No tak, noc minęła nam przyjemnie
Była d....ale ze mnie.
- Paskudniku, jak możesz - obruszyłam się i wyskoczyłam z pościeli, pokazując mu język. Trochę mnie to speszyło, bo nigdy nie słyszałam od niego takich frywolności. Szczerze mówiąc to przyznałam mu rację w myślach. Widziałam w nocy, że nie mógł doczekać się pójścia do łóżka, bo chyba był stęskniony i podekscytowany. A tu nic, tylko spanko. Zmęczenie i alkohol pokonały jego zapędy. Obserwowałam go dyskretnie i widziałam, że nie jest w dobrym humorze. Typowy facet. Nie spisał się, w jego mniemaniu, jakby udany seks był najważniejszy między dwojgiem ludzi.
Ja nawet nie myślałam o igraszkach łóżkowych, bo raz, że po tym co usłyszałam nie było mi lekko i radośnie, a dwa byłam zmęczona. Ale mężczyźni inaczej podchodzą do tych spraw. Samcze instynkty biorą górę nad wszystkim. Do czasu, do czasu. W starszym wieku, już nie jest tak lekko i prosto. Kuba albo o tym nie wiedział albo wciąż chciał być jak za dawnych lat, sprawnym i niezmordowanym kochankiem.
Przy śniadaniu nasze zdania były wyjątkowo zgodne.
- Kotku, to już nie te latka - przyznał ze smutkiem Kuba.
-Tak, tak kochanie, nie te lata - zawtórowałam. - Weź poprawkę, że sporo wypiłeś, a za wiele nie jadłeś na kolację.
Kuba popatrzył tęsknym wzrokiem i uśmiechał się pod wąsem. Patrzył na mnie a jakby nie na mnie. Zaciekawiło mnie, co też mu się snuje po głowie.
- Jeśli myślisz o tym co i ja, to jesteś zbereźnik - szepnęłam konfidencjonalnym tonem, nachylając się do niego.
- Musisz podsłuchiwać ?- zażartował. - Nawet w myślach mi czytasz.
-Ej tam, od razu "czytasz, podsłuchujesz" - droczyłam się. - Byłam przecież przy tym, to wiem.
Wymieniliśmy spojrzenia i uśmiechy. Każde z nas błądziło wspomnieniami w naszych dawnych szalonych nocach, poprzedzanych tańcem w "Europie" albo w "Lubliniance". Czasem zabawą do świtu u Jagody w gronie kilku zaprzyjaźnionych par. Byliśmy młodzi, pełni energii i wiary w naszą miłość. Teraz to już takie trochę odgrzewane wszystko ale mamy siebie znowu i to jest ważne.
- Och, były to czasy - wyrwało nam się jak na komendę. I znowu śmiech i błyski w oczach.
Milutko zaczął się ten dzień i zanosiło się, że nic go nie zakłóci.
Z kawusią wyszliśmy do ogrodu, pod moją wierzbę. Kuba gospodarskim okiem obrzucił całą posesję i po chwili namysłu doszedł do wniosku, że powinno się już dawno skosić trawę.
- Pewnie, że powinno się - przytaknęłam. - Tylko kto to ma zrobić i czym, nie wiesz przypadkiem?
- Jak to czym? - udał zdziwienie. - Kosiarką albo kosą. Przecież masz kosę, bo kupiliśmy ostatnio?
- Kosę to ja mam - odparłam. - Tylko sęk w tym, że kosić nie umiem, a kosiarki jeszcze nie kupiłam. Poza tym nie miałam głowy do koszenia, wiesz mama, potem byłam u ciebie...
- Ileż to roboty - podniósł się z ławki. - Daj tę kosę i już się za to biorę. Chociaż ta trawka coś marna urosła. Powinna być większa.
- Urośnie jeszcze - mówiąc to poszłam do komórki. - Chodź tutaj, bo ja się boję tej kosy - zawołałam.
Kuba naostrzył kosę i jak wytrawny gospodarz zaczął kosić, aż miło było patrzeć. Za ogrodzeniem zjawił się jak spod ziemi sąsiad, wdowiec, który od czasu do czasu pomagał mi w różnych trudniejszych pracach w ogrodzie. Minę miał niezbyt wesołą widząc Kubę z kosą.
- O, pani Grażynko, to już ja nie będę pani potrzebny? - zawołał przez płot. - Widzę, że znalazła pani fachowca. Zabrzmiało to trochę złośliwie i zaczepnie, więc nie namyślając się odpaliłam.
- Fachowiec jak się patrzy i w dodatku swój, na stałe - spojrzałam roześmiana w jego stronę. Zobaczyłam zdziwione spojrzenie i półotwarte usta jakby chciał coś powiedzieć ale widocznie zrezygnował, bo nagle odwrócił się i poczłapał do siebie.
- Co, adorator? - burknął Kuba, spoglądając na mnie spod czoła.
- E, tam - machnęłam ręką. - Sąsiad tylko. Poczciwe chłopisko, może sobie coś ubzdurał ale to jego problem, nie mój.
- Będę musiał mu się bliżej przyjrzeć - roześmiał się.
- A to sobie patrz jak masz ochotę, mnie on ani ziębi ani grzeje - odparłam i poszłam do domu.
Przez okno patrzyłam jak sprawnie i dokładnie kosił, i jak szybko mu to szło. Byłam znowu pełna podziwu i zadowolenia. Podobał mi się taki obrazek. Gdyby tak mogło być na stałe, westchnęłam.
Gdyby on nie musiał pracować w Lublinie i mógł przeprowadzić się do mnie, to od razu inaczej by mi się żyło. Razem uprawialibyśmy ogród, jeździli na zakupy, trochę zwiedzali, czasem do rodziny, albo oni do nas...ale byłoby dobrze, marzyłam stojąc przy oknie. To prawda, że chciałam takiego życia. Nawet z tymi jego dziwactwami i nawykami. Wszystko jakoś by się unormowało i wspólne bycie razem na pewno cieszyłoby jego tak samo jak mnie. Z czasem przyzwyczailibyśmy się do siebie. Zawsze na początku jest trudniej ale po jakimś czasie byłoby już całkiem normalnie.
- Kubuś - zwołałam z okna. - Mieliśmy jechać do banku, zapomniałeś? -
- Pamiętam, a jakże - krzyknął. - Zaraz kończę i możemy jechać.
Ucieszyłam się, że nie zrezygnował, bo oznaczało to, że potraktował moje słowa poważnie i dotrzyma obietnicy.
Zanim wyjedziemy postanowiłam zadzwonić do mamy. Udało mi się trafić na miłą pielęgniarkę, która zaniosła mamie słuchawkę do łóżka. Jak zwykle mama rozpłakała się i nie bardzo mogłam z nią rozmawiać. Powiedziałam jej tylko, że jest u mnie Kuba i że będę u niej pojutrze, bo operacja będzie dopiero jak wróci ze szkolenia doktor, który robi witrectomię, a dowiedziałam się o tym od lekarki, gdy wychodziłam z oddziału..Oczywiście mama nie była tym zachwycona ale cóż można było zrobić. Trzeba czekać cierpliwie i tyle.
Spojrzałam na zegar, było już po czternastej, więc zaczęłam się przebierać. Stojąc w przedpokoju koło lustra zerknęłam w kalendarz.
A niech to! - krzyknęłam. - Dzisiaj jest Jakuba i Krzysztofa. Toż to imieniny Kuby i mojego wnuczka. Do wnuczka zadzwoniłam od razu. Wiedziałam, że są nad morzem więc dzwoniłam na komórkę syna. Kubuś był ucieszony, że babunia pamięta o nim. Byli akurat na plaży i pobiegł z komórką blisko wody, żebym mogła słyszeć szum morza. Rzeczywiście dobrze było słychać. Wiedział, że kocham morze, bo mu opowiadałam w Wielkanoc o moich przygodach nad morzem z jego tatą gdy był w jego wieku. O tym jak siedzieliśmy do nocy na plaży i wsłuchiwaliśmy się w szum fal, jak wstawaliśmy o świcie, żeby szukać bursztynu.
- Babciu - wołał do słuchawki. - Znalazłem dla ciebie dwa duże bursztyny i parę muszelek.
- Dobrze kochanie, bardzo się cieszę - podziękowałam mu za pamięć i rozłączyłam się bo musiałam wymyślić coś na prezent dla Kuby. On pewnie zapomniał o swoich imieninach, pomyślałam i w tej chwili przypomniałam sobie, że przecież mam w torbie aparaty do pomiaru ciśnienia i cukru, które kupiłam w Lublinie i nie zdążyłam mu dać. Szybko pobiegłam do pokoju, do szafy. Obydwa leżały w torbie. Zupełnie o nich zapomniałam. Pooglądałam i nie mogłam się zdecydować który mu dać. Dwóch nie dam, bo to byłaby rozpusta, tym bardziej, że pierwszego listopada ma urodziny i jeden będzie teraz, a drugi na urodziny. Na teraz wybrałam aparat do mierzenia ciśnienia, bo z cukrem nie jest tragicznie skoro bierze leki i przestał słodzić napoje i odstawił wszelkie kluchy , a ciśnienie jest ważniejsze, bo z tym to nigdy nic nie wiadomo więc lepiej aparat mieć pod ręką. Sądzę, że powinien być zadowolony, myślałam uradowana. Patrząc na prezent roześmiałam się niemal na głos, bo przypomniało mi się jak na drugie jego imieniny nie miałam pieniędzy, żeby mu coś kupić i pożyczyłam od koleżanki trochę drobnych na praktyczny prezent, do którego namówiła mnie Jagoda. Doradziła mi prezent nie drogi a praktyczny, który przyda nam się obojgu. Po prostu kazała mi kupić paczkę prezerwatyw, ładnie zapakować i już.
Trochę się wahałam ale po namyśle przystałam na to i kupiłam. Dla faceta to prezent w sam raz, przyznałam jej rację, tym bardziej dla swojego. Mieliśmy się spotkać wieczorem właśnie u Jagody, bo u Kuby była awaria wody od poprzedniego dnia, a miało przyjść parę osób. Jakież było moje zdziwienie gdy aż trzy osoby kupiły mu taki sam prezent jak ja. Pamiętam jak zarykiwaliśmy się ze śmiechu. Ja swój prezent dałam mu dopiero jak wszyscy wyszli, bo się krępowałam przy wszystkich, a w dodatku spóźniłam się na przyjęcie.
Znalazłam kolorowy papier i wstążeczkę i szybciutko zrobiłam gustowny prezencik.
Pojedziemy do banku, to po drodze kupię jakieś ciasto, a wieczorem przy kolacji będziemy świętować imieniny. Prezent schowałam na powrót do szafy, a sama zamierzałam zawołać na Kubę, żeby go trochę ponaglić ale on był już w kuchni.
- Kubuś już jestem gotowa, a ty - zawołałam. - Pospiesz się bo zamkną nam bank.
- Ja też jestem gotowy - odpowiedział i stanął w drzwiach. - To co, w drogę?
- Pojedziemy moim samochodem, bo jest pojemniejszy, a zamierzam kupić w końcu kosiarkę - poinformowałam go. - Przecież ty wyjedziesz i czymś muszę kosić tę naszą trawkę, nie będę prosić mojego sąsiada, prawda?
- Prawda kochanie, prawda. Ty zawsze masz głowę na karku - objął mnie i zamaszyście przytulił. Od razu poczułam się doceniona. Lubiłam, gdy Kuba akceptował moje pomysły i potrafił to wyrazić nie tylko słowami.
Wszystko mnie dzisiaj cieszyło. Pogoda była piękna, taka jaką lubię. Słońce grzało solidnie ale twarz chłodził lekki wietrzyk. Pogoda w sam raz na spacery albo prace w ogrodzie. Kuba, bo był spokojny, uśmiechnięty i nie marudził, i to, że zgodził się wpłacić pieniądze na konto i to też, że zrobię mu niespodziankę imieninową. Wnuczek, który zbiera dla mnie bursztyny nad morzem i szum morza, który słyszałam w telefonie. Niby takie drobiazgi, a jednak podnoszą na duchu i radują.
W banku otwarcie konta i wpłacenie pieniędzy zajęło nam sporo czasu. Kuba pocił się jak na egzaminie. Dobrze, że byłam z nim i pomogłam mu przy wypełnianiu druczków, bo sam to penie by uciekł stamtąd.
Kiedy wyjął pieniądze do wpłaty moje oczy robiły sie okrągłe jak pięciozłotówki.
To co widziałam w domu, w saszetce to była zaledwie tylko część tego co miał ze sobą. W banku wpłacił okrągłą sumę sześćdziesiąt tysięcy złotych. Przy okienku kasowym stało dwóch uzbrojonych ochroniarzy, chyba wezwała ich kasjerka, bo wcześniej ich nie widziałam. Byliśmy ostatnimi klientami. Dochodziła osiemnasta.
- Kuba, z gdzie ty miałeś te pieniądze kiedy byłeś u mnie pierwszy raz - spytałam już na ulicy, bo cały czas w banku tylko o tym myślałam.
- W neseserze, a gdzie miałem mieć? - odparł jakby nigdy nic, jakby chodziło o paczke papierosów.
- Grzebałam w twojej torbie jak szukałam legitymacji ubezpieczeniowej do szpitala i nie widziałam tam żadnej saszetki - powiedziałam zdziwiona.
- Bo nie szukałaś tam gdzie trzeba - roześmiał się widząc moją minę. - No nie patrz tak na mnie. Już wszystko w porządku. Pieniądze są bezpieczne, a ja jestem czysty - rozłożył ręce.
- Kpisz sobie ze mnie - obruszyłam się. - W torbie były tylko dokumenty i rzeczy osobiste. Chyba że....o, ty spryciarzu - wykrzyknęłam. - Masz jakąś tajna skrytkę. No, no, nie posądzałam cie o to.
- W domu ci pokażę - odparł. - Jedziemy teraz po kosiarkę bo sklepy pozamykają.
- Tesco otwarte do północy, mamy czas - rzuciłam otwierając samochód.
w Tesco miałam dylemat. Na stoisku ogrodniczym było kilka kosiarek. Ceny od dwustu złotych do sześciuset i nie bardzo wiedziałam na co się zdecydować. Chciałam żeby była nie droga i dobra ale te tańsze od razu sprawiały wrażenie tandetnych. Po szybkim przeliczeniu moich zasobów finansowych uznałam, że jednak kupię tę tańszą.
Musiałam trochę przyhamować z forsą bo ostatnio dość sporo wydałam. Najwięcej na rachunki za telefon, na paliwo do Lublina, na prezenty dla Kuby, ciuszki i buty dla siebie. To wszystko były znaczące kwoty i w dodatku nie przewidziane w moim budżecie. Niebawem lato się skończy i zacznie się sezon grzewczy, a ja wtedy miałam ogrzewanie domu prądem więc koszt ogromny mnie czekał. Kuba widząc co zamierzam zrobić od razu się sprzeciwił.
- Grażynko, szkoda wydawać dwie i pół stówy na taki szajs - orzekł. - Kupimy tę droższą, bo raz, że ma szerszy zasięg koszenia a dwa, że obudowa jest metalowa, a nie z plastiku.
- Kubuś - zaczęłam nieśmiało. - Ja muszę liczyć się...
- Nic już nie mów - przerwał mi. - Połowę ja dołożę, bo to przecież był mój pomysł z sianiem trawy. Niech będzie też i mój udział w kosiarce.
Popatrzyłam na niego, on na mnie, wzruszyłam ramionami i poszliśmy do kas.
Nie byłam przyzwyczajona do takich sytuacji. Już wtedy gdy płacił za kosę, łopatę i grabie czułam się nie specjalnie, a teraz to już zupełnie zrobiło mi się głupio.
=======
Widząc moją markotną minę zaprosił mnie na kawę i lody do kafejki w pasażu. Sam wziął tylko kawę, bo jak oświadczył, z czego byłam bardzo zadowolona, on już nic słodkiego nie jada.
Ucieszyliśmy się, że w kafejce można było palić więc wszystko było po naszej myśli.
Potem zrobiłam jeszcze zakupy "do lodówki", oczywiście kawałek sernika do kawy na wieczór, butelkę Cinzano i zadowoleni wróciliśmy do domu.
Gdy podjeżdżałam pod mój dom w bocznej uliczce zobaczyłam znajomy samochód.
- Kurczę, Kuba! - wydałam okrzyk. - Podobny do auta mojego brata. Ale co on by tu robił?
Zanim otworzyliśmy bramę zagadka wyjaśniła się. Przed domem na ławce siedzieli brat z bratową.
- Siostra, czy ciebie pogięło? - zawołał na dzień dobry. - Siedzimy tu już ponad trzy godziny i nikt nie wie gdzie ty się podziałaś. Jakieś auto obce u ciebie na podwórku, co tu się dzieje?
Aaaaa..już wszystko rozumiem - roześmiał się brat na widok Kuby wychodzącego z samochodu.
- To jest ten nowy szwagier? - zawołał wyciągając do Kuby rękę. - No to witaj chłopie, nareszcie cię mam okazję poznać.
Kuba był wyraźnie speszony ale po dokonaniu prezentacji i wymianie kilku kurtuazyjnych zdań trochę nabrał pewności siebie. Nie wiedziałam, że spotkanie z moim bratem i bratową tak go onieśmieli. Jakby zapomniał języka w gębie.
- A co was tu przygnało, tak bez zapowiedzi? - zaatakowałam brata, robiąc srogą minę .- Telefony macie, to nie łaska było zadzwonić?.
- Siostra, nie szalej tylko daj się coś napić - ponaglał mnie Mirek. - Już mi język staje kołkiem.
- Dam się napić tylko powiedz czemu zawdzięczam waszą wizytę? - nalegałam. - Stało się coś?
- Nic się nie stało - odezwała się Staszka, bratowa. - Byliśmy u mamy w Katowicach, potem u niej w domu, zobaczyć czy wszystko w porządku i zrobiliśmy sobie wycieczkę do ciebie, a tu tylko koty nas przywitały. Podziwialiśmy jak ładnie umiesz kosić i kosę masz super wyklepaną.
- Ja kosić, chyba chora jesteś Stasiu - roześmiałam się w głos. - To Kuby robota, koszenie i klepanie.
- Dobrze szwagier klepiesz, oj dobrze - roześmiał się brat, mrugając porozumiewawczo do Kuby.
- Jak materiał dobry to i klepanie wychodzi - w tym samym tonie, popisał się Kuba.
- Ja was zaraz obydwu wyklepie - zamachnęłam się ręką. - Koniec wygłupów. Idziemy do domu. Podobno pić wam się chciało.
W domu, podałam zimne napoje, potem zrobiłam kawę, pokroiłam sernik i zaczęła się bardzo sympatyczna pogawędka. Kuba rozkręcał się powoli ale mój brat, jak zwykle niezastąpiona dusza towarzystwa nie próżnował. Tak się rozgadał, że i Kuba zaczął się ośmielać w rozmowie.
W pewnym momencie bratowa powiedziała, że dzwonili z życzeniami do Kubusia i opowiadała o czym z nim rozmawiali, gdy brat wykrzyknął.
- Kurde, to przecież ty też Jakub - wyciągnął rękę do Kuby. - No stary, to wszystkiego najlepszego. Niech ci się jakoś wreszcie ułoży z tą moją siostrą. Aleśmy dobrze trafili - spojrzał na bratową i zaczął się śmiać.
- No co siostra wy tak nic, zupełnie na sucho obchodzicie imieniny? - prowokował niby żartem.
- Ja nawet nie pamiętałem - tłumaczył Kuba. - Rzeczywiście to dzisiaj.
- Ale ja pamiętałam - wstałam od stołu i przyniosłam z pokoju prezent dla niego. - Masz kochanie, z najlepszymi życzeniami, niech ci się spełni czego sobie tylko życzysz.
Kuba popatrzył na mnie i obejmując mnie powiedział przy wszystkich.
- Mam tylko jedno życzenie, żebyś ty zawsze była ze mną.
Przytuliłam się do niego i nie mogłam wydobyć słowa, bo widząc wzruszenie na twarzy mojego brata i bratowej zrobiło mi się mokro w oczach. Bratowa ocierała łzy a brat na chwilę wyszedł, po czym wrócił z butelką koniaku w ręce.
- No to od nas masz też prezent - wręczył zaskoczonemu Kubie butelkę i uścisnęli sie serdecznie, po męsku, na niedźwiedzia..
- Ale się zrobiło rodzinnie i uroczyście - zażartowałam. - To co, napijemy się po lampce, na tę okoliczność. Ale Mirciu ty jesteś samochodem..?
- Kochana, skoro już poznałem przyszłego szwagra, to nigdzie nie jadę - odparował mi.- Prawda Stasiu? - zwrócił się do żony.
- Nam się nie spieszy, możemy zostać, tylko co ze spaniem? - zastanawiała się bratowa.
- Nie widzę problemu - odparłam. - Pokój Kseni jest wolny. Wersalka szeroka, wyśpicie się.
- No to do roboty - brat podał hasło. - Dziewczyny do kuchni robić coś na ząb, a my z Kubą się przespacerujemy. Wzięli papierosy i wyszli przed dom.
Zajęłyśmy się przygotowaniem kolacji. W trakcie, bratowa z uznaniem wyraziła się o Kubie, że przystojny i sympatyczny i taki rodzinny. Mówiła też o tym, że mama w szpitalu bardzo się martwi, że ja wyjadę do Kuby do Lublina, a ona by tego nie chciała, bo to tak daleko i nie będę tak często do niej przyjeżdżać jak teraz. Nawet prosiła ich, żeby mi odradzili, że już jestem za poważna na nowe małżeństwo.
- Stasiu - nagle zaskoczyłam. - A czy przypadkiem mama was tu nie przysłała, bo wiedziała, że jest u mnie Kuba? Gadaj prawdę.
Bratowa chwilę milczała, wydając nieartykułowane dźwięki i w końcu przyznała się.
- No wiesz, mama mówiła, że dzwoniłaś i że jest u ciebie Kuba..... - zaczęła z pewną nieśmiałością. - No co będę ściemniać, kazała nam tu przyjechać i wybadać co to za facet i mamy jej od razu zadzwonić. Sąsiadka z łóżka obok ma komórkę i podała nam jej numer.
- A niech to - klasnęłam w ręce. - Ja coś czułam, bo nigdy nie przyjeżdżacie w tygodniu i to jeszcze pod wieczór. A to spryciara z mamy.
- Grażynko - Stasia objęła mnie. - Ty się nie sugeruj mamy zdaniem tylko rób po swojemu. Facet jest fajny a jak ci z nim po drodze, to się nikim nie przejmuj. Myśmy jej swoje powiedzieli, a przyjechaliśmy nie tylko, że mama o to prosiła ale żeby poznać Kubę, tak po prostu. Miruś ma po jutrze w Bielsku w starostwie jakieś sprawy do załatwienia, więc posiedzimy u ciebie, a jutro pojedziemy wieczorem do domu mamy.
- Może tak być? - przytuliła mnie. - Wiesz, że my zawsze trzymamy twoją stronę, a mamie przejdzie jak to już nie raz bywało.
- Tak Stasiu, tylko że mama, gdy jej wcześniej mówiłam o Kubie, to nie miała nic przeciw, a teraz już zmieniła zdanie i jeszcze was wciąga w swoje gierki - wyznałam z żalem. - Czy ona nigdy się już nie zmieni, powiedz mi?
Bratowa pokręciła tylko głową, co oznaczało; nigdy.
W tej samej chwili do kuchni wparowali nasi panowie, głodni i zmachani, bo mądrale byli na przechadzce w lesie, a to dość pod górkę.
Przy kolacji brat i Kuba odkryli jednego wspólnego bakcyla; sport, a szczególnie futbol, formułę 1 i Małysza. To już był koniec towarzyskich rozmów. Zaczęli od Małysza, pograli w piłkę, a potem jak wystartowali z Kubicą to zatrzymali się po północy. Siedziałyśmy z bratową jak na tureckim kazaniu, bo obie nie jesteśmy "sportsmenkami" ale przynajmniej Kuba się rozkręcił i przypadli sobie z bratem do gustu z czego oczywiście bardzo się ucieszyłam.
Po zakończonych "rozgrywkach" sportowych brat z bratową zaczęli wypytywać nas o historię naszego ponownego spotkania. Oczywiście Kuba oddał mi pole do popisu i zaczęłam opowiadać wszystko po kolei. Bratowa płakała jak bóbr, a i brat miał łzy w oczach. W ogóle to wszyscy co chwilę wyciągaliśmy chusteczki.
- Siostra - powiedział brat. - Gdyby mi to ktoś obcy opowiadał, to bym mu powiedział, że zmyśla albo streszcza jakiś film, bo to jest niesamowite. Tyle lat i ty go wciąż pamiętałaś, a ty nie ożeniłeś się, przecież chłopie tobie nic nie brakuje, to czemu?
- No..tak się złożyło - Kuba rozłożył ręce i spojrzał na mnie jakby chciał zapytać czy ma powiedzieć całą prawdę.
- Tak miało być braciszku - pośpieszyłam z wyjaśnieniem. - Widocznie byliśmy sobie przeznaczeni.
- To się w głowie nie mieści, to się w głowie nie mieści - brat kręcił głową i patrzył na nas, jak na eksponaty na wystawie.
Bratowa aż wyjść z podziwu nie mogła, że po tak długim czasie nasze uczucia odnowiły się jak by nigdy nie wygasły. Ja byłam zadowolona, bo widziałam, że rodzinka przypadła Kubie do gustu i z wzajemnością. Dzień tak jak się miło zaczął jeszcze milej się zakończył.
- Kotku - szepnął Kuba dyskretnie. - Ja chyba jutro po południu pojadę.Chodźmy już spać.
- A czemu tak szybko, musisz? - spytałam zaskoczona. - Powinienem. Nie mogę nadużywać zaufania Jarka. A poza tym szpital, pamiętasz?
- No tak, szpital - westchnęłam i dałam hasło do spania.
Mieliśmy jeszcze tyle do omówienia, bo Kuba nie dokończył mi swojej opowieści, a ja chciałam poczynić pewne ustalenia, a tu nic z tego nie wyjdzie. Zobaczymy, może jutro, pomyślałam, może będzie chwila sam na sam, to zdążymy porozmawiać.
-