Witam Cię miły gościu.

Zaglądasz do mnie, jakże mi miło.
Zostaw komentarz, swój link, żebym mogła Cię odwiedzić, jeśli mnie zaprosisz.

Jeśli przemkniesz bez śladu, może nie będę płakać ale będzie mi smutno.


Przeglądaj archiwum

Łączna liczba wyświetleń

piątek, 2 lipca 2010

Stara miłość nie rdzewieje??? ( 23 )

- Kuba, chodźmy już do domu - mówiłam rozkojarzona, pospiesznie otwierając drzwi. To co się stało, przyprawiło mnie o zawrót głowy i bezmierną radość. Tak, radość. To słowo chyba najlepiej określało mój stan emocjonalny.
Trzęsły mi się ręce, głos drżał i z wrażenia nie wiedziałam co robić.
Pobiegłam do kuchni, wstawić wodę na kawę, to znów do pokoju z pytaniem czy kawa czy herbata, zaczęłam wyciągać z lodówki coś do jedzenia, rozsypałam cukier. Wariatka, przemknęło mi w myśli, czysta wariatka.
- Grażynko - Kuba wyratował mnie z opresji. - Nie rób nic do jedzenia. Ja już jadłem.
- Niby gdzie i co? - wyraziłam zdziwienie. - Chyba, że warzywka w ogródku, na surowo? - zażartowałam.
- Kotku, ja przyjechałem parę godzin temu, więc musiałem coś przekąsić - tłumaczył. -Byłem w centrum w wiejskim barze, tam koło Banku. Nawet nieźle karmią - dodał, głaszcząc się po brzuchu.
- Jak to, parę godzin temu? Przecież nie ma takiego pociągu o tej porze?
- No, nie ma - uśmiechnął się. - Kotku ja przyjechałem samochodem.
Mówiąc to miał minę zwycięzcy i wiedziałam nawet dlaczego. Kuba panicznie bał się jazdy samochodem na dłuższych trasach, a szczególnie takich, których nie znał. Z tego co mi opowiadał, to nigdy nie przekroczył obszaru województwa. Wolał podróżować pociągiem lub autobusem, w przeciwieństwie do mnie. Bał się wypadków, awarii samochodu w bezludnym miejscu i uciążliwości podróży. Szczerze mówiąc nie znałam wcześniej tak ostrożnego i bojaźliwego faceta, jeśli chodzi o korzystanie z samochodu.
- A gdzie twój samochód? - spytałam. - Bo wjeżdżając na podwórko nie zauważyłam żadnego auta.
- Za domem, od podwórka - usłyszałam i krzyknęłam przerażona.
-Gdzie!? Toż tam jest szambo zakryte tylko płytą z blachy. Przed wyjazdem nie zdążyłam nakryć przykrywą...
- Kuba, a może twój samochód.... Nie to niemożliwe ale że ty wysiadając nie zauważyłeś, przecież był jeszcze dzień.
- Kiedy wjeżdżałem autem było już ciemno. Wcześniej, kiedy podjechałem pod dom i dzwoniłem do drzwi, to nagle, jak spod ziemi wyrósł obok mnie jakiś facet, który powiedział, że pani Grażynka pojechała do szpitala, do mamy i nie wiadomo kiedy wróci. Posiedziałem z godzinę z kotami, pod wierzbą ale zgłodniałem i pojechałem do centrum, coś zjeść. Potem połaziłem po sklepach i wróciłem jak było już ciemno. Wiedziałem, że jak postawię auto na podjeździe to raz, że zobaczysz i nie będzie niespodzianki, a dwa, nie będziesz mogła wjechać.
- Och ty kombinatorze - roześmiałam się. - Jak ci się autko trochę utapla w szambie to będziesz miał nauczkę. A wiesz za co?
- No, nie - spojrzał na mnie zaskoczony.
- Ano za to, że już najwyższy czas kupić komórkę. Gdybyś ją miał, to zadzwoniłbyś do mnie, a ja powiedziałabym ci gdzie jest zapasowy klucz od domu i zamiast krążyć po wsi to siedziałbyś sobie wygodnie w domciu.
- No już dobrze, nie kpij ze mnie - pokiwał głową. - Jutro, z samego rana pojedziemy i kupimy.
- Brawo! - Klasnęłam w ręce. - To mi się podoba. Nareszcie dojrzałeś do komórki.
- Kotku - zaczął niepewnie. - A może zobaczymy, tam za domem. Wyprowadzę auto, co?
- Nie skarbie - ostudziłam jego zapał. - Jest noc, a tam nie ma światła, a ja nie mam latarki. Zresztą, po nocy to niebezpiecznie, tam jest wąsko,stoją drabiny, można narobić ambarasu. Chodź zobaczymy tylko czy jeszcze stoi - żartowałam na całego.
Ochoczo wybiegł za mną przed dom. Po sprawdzeniu, ze auto stoi na wszystkich kołach i równo, wróciliśmy na kawę.
- Nie martw się - uspokajałam go, widząc, że jest przejęty losem swojego "Tico".
- Ta płyta nie jest wprawdzie solidna ale otwór też nie jest duży. Najwyżej jedno koło może się obsunąć. Zależy czy trafiłeś kołem na płytę, czy nie.
To go co nie co uspokoiło, a mnie dało okazję do opowiedzenia mojej przygody na drodze. W miarę jak postępowała moja opowieść, Kuba robił się czerwony na twarzy i zaczynał spać. Widać było, że jest bardzo wzburzony i przejęty.
- Teraz już chyba rozumiesz, czemu byłem niezadowolony, że jedziesz do mnie samochodem - wypalił jednym tchem.
- W pociągu jesteś panią, siedzisz sobie wygodnie i nie musisz się niczym stresować, a na drodze...sama masz przykład.
Zapamiętaj, że już nigdy nie pozwolę jechać ci do mnie autem... - nagle zawiesił głos i spojrzał na mnie zakłopotany, bo chyba zdał sobie sprawę, że się za bardzo rozpędził.
- Kochanie - żachnęłam się, bo nadarzyła się okazja do sprowokowania rozmowy na zaległy temat. - A skąd ta pewność, że ja chcę jeszcze jechać do ciebie, że w ogóle przyjadę, co?
Moje słowa zaskoczyły Jakuba. Otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć i zastygł w takiej pozie.
- No co tak patrzysz? - uśmiechnęłam się z wyższością. - Uważam, że należą mi się jakieś sensowne wyjaśnienia i przeprosiny. Sam przyznałeś niedawno, że jesteśmy dorośli więc udowodnij to, chyba, że..
- Kotku - chwycił mnie za rękę. - Po to przecież przyjechałem, tylko nie wiem od czego zacząć. Wiesz, że u mnie kiepsko z mówieniem, o takich sprawach.
- To masz kłopot, bo ja ci nie pomogę. To twoja lekcja do odrobienia.
Kuba wstał i przeprosił na chwilę. Byłam pewna, że poszedł do neseseru po coś mocniejszego do picia, bo zwykle gdy miał coś poważnego do mówienia lubił wzmocnić się drinkiem. Tak było dawniej i tak jest teraz. Na tematy zawodowe, piłki nożnej, szachów i polityki mógł rozprawiać godzinami bez zająknięcia się ale przy sprawach osobistych, uczuciowych, brakowało mu elokwencji i pewności siebie. A teraz miał trudne zadanie przed sobą więc nie zdziwiłabym się gdyby musiał sobie pomóc. Alkohol wiadomo, rozwiązuje język.
- Pewnie przyjechał przygotowany na taką ewentualność - mruknęłam i w tej samej chwili wszedł Jakub z butelką Soplicy i tonikiem.
Udałam wielkie zaskoczenie i niezadowolenie, co jeszcze bardziej go zdeprymowało.
O to właśnie mi chodziło. Musiał dostać za swoje. Widziałam, że się męczy i nie bardzo wie co zrobić z tą butelką, więc wspaniałomyślnie podniosłam się z fotela
i poszłam po lód i cytrynę. Kuba odetchnął z ulgą.
Zrobiłam jeszcze po kawie, a on w tym czasie napełnił drinkówki.
Przy drugim drinku zaczął wreszcie mówić, najpierw cicho i nieśmiało, a później już pełnymi zdaniami i odważnie.
Całkiem sobie dobrze poradził. Przeprosił za swoje zachowanie w domu, po przyjściu od Franciszka. Przyznał, że był zazdrosny o niego i że spanikował z tymi zaręczynami. Kiedy wyszedł rano po papierosy był już przygotowany złożyć przede mną samokrytykę ale spotkał Franka i ten zaprosił go na piwo, a potem jeszcze była wódka i go ścięło. Był bez kolacji poprzedniego dnia i rano bez śniadania więc efekt był piorunujący. Miał ochotę zadzwonić do mnie ale po prostu niespodziewanie zasnął. Kiedy się obudził Franek odradził mu dzwonienie, bo uznał, że gdy poznam, że jest wstawiony to się zdenerwuję. Dla poprawy nastroju wypili jeszcze po dwa drinki i film mu się urwał. Gdy się obudził był już wieczór. Wyszedł od Franka, kupił kwiaty i przyszedł do domu, z nadzieją, że mnie za wszystko przeprosi.
Kiedy przeczytał moją kartkę to najpierw nie mógł uwierzyć, dopóty, dopóki nie zobaczył, że na parkingu nie było mojego auta. Wtedy wpadł we wściekłość na siebie i na Franka. Szukał numeru mojej komórki ale nie znalazł. Dzwonił do mnie do domu kilka razy ale nikt nie odbierał więc postanowił przyjechać. Poszedł spać z zamiarem jechania rannym pociągiem ale zaspał, więc przełożył wyjazd na następny dzień. Wieczorem przyszedł Franek z butelką wódki i znowu nici z porannego wyjazdu, bo się nie obudził o czasie. Nie namyślając się wiele wsiadł w samochód i przyjechał.
- Ty chyba oszalałeś - wyskoczyłam na niego. - Po wieczornym piciu odważyłeś się jechać następnego dnia samochodem taki szmat drogi, mając świadomość, że w każdej chwili możesz mieć kolizję, że może być kontrola drogowa, że masz cukrzycę i wysokie ciśnienie?! Kuba! ja cię nie poznaję. Ty taki zawsze ostrożny, przewidujący, nagle zgłupiałeś?
- Grażynko - zwrócił się z pokorą w głosie. - Zrozum mnie, ja nie chciałem czekać dłużej, musiałem się z tobą zobaczyć. Mnie się wszystko zawaliło w jednej chwili.
Bałem się, że to już koniec. Wybaczysz mi? - dodał cicho.
- A powinnam? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie. - Gdybyś miał dwadzieścia lat to mogłabym zrozumieć brak wyobraźni i rozsądku ale w twoim wieku? Ty mnie przerażasz.
- Kotku - popatrzył na mnie jak zbity psiak. - Zrób co chcesz. Krzycz, ubliżaj mi tylko proszę, daj mi szansę.
Widząc jego minę, błagalne spojrzenie, wszystko to co było wczoraj wydało mi się już mało ważne, nawet trochę komiczne. Jego skrucha i determinacja były powalające. Wiedziałam, że mu wybaczę, bo tak naprawdę to już wybaczyłam ale nie mogłam mu tego okazać. Niech się trochę podręczy, postanowiłam.
- Czy ci wybaczę, jeszcze nie wiem - cedziłam słowa z rozmysłem. - Natomiast wiem, że nie powiedziałeś mi wszystkiego co powinnam od ciebie usłyszeć.
Spojrzał na mnie jakby chciał zapytać, o co mi chodzi. Przez dobrą chwilę patrzyliśmy na siebie i widząc, że on naprawdę nie wie czego od niego oczekuję powiedziałam wprost.
- Po pierwsze to domyślam się, że nie byłeś w szpitalu, bo i kiedy? Proszę więc powiedz mi co dalej. Zlekceważyłeś termin wizyty, a więc i swoje zdrowie.
Po drugie, chciałbym wreszcie dowiedzieć się kim dla ciebie jest Jarek, bo że nie jest kimś obcym to już wiem. Nie chodzi mi o to, że jest twoim wspólnikiem, chociaż i to wydaje mi się podejrzane skoro ty nie masz stałej pracy, więc jaki to wspólnik?
No i na koniec dlaczego nie masz pracy i co będzie z twoją przyszłą emeryturą?
Moje pytania zaskoczyły go. Siedział wciśnięty w fotel i patrzył tępym wzrokiem, gdzieś ponad moją głową. Mijały głuche minuty, a on milczał. Nie wiedziałam, czy nie chce mówić, czy zbiera myśli od czego i jak zacząć. Czekałam cierpliwie, bo rozumiałam doskonale, że to dla niego trudne. Nie wiem jak ja zachowałabym się, przyciśnięta tak bezpardonowo do muru, chociaż nie należę do osób nieśmiałych i mało elokwentnych.
- Grazia - wydobył wreszcie głos. - Chcesz dzisiaj koniecznie wiedzieć? Może odłóżmy tę rozmowę na jutro? - zawiesił na mnie błagalny wzrok.
- Ze szpitalem to zawaliłem na całej linii, zdaję sobie sprawę i nie mam nic na swoją obronę ale ten następny temat.... może...
- Nie kochanie - przerwałam dość ostro. - Mamy dzisiaj czas, nawet do samego rana więc nie ma przeszkód do rozmowy, chyba że nie chcesz.
Teraz ja patrzyłam na niego badawczo i wyczekująco.
- Skoro zacząłeś wyznawać swoje winy i czekasz na moją decyzję, to albo, albo. Nie będziemy rozmawiać na raty. Jesteśmy dorośli, pamiętasz? - przypomniałam ponownie jego słowa.
- Pamiętam, pamiętam - mruczał, miętosząc ucho. - No dobrze, tylko nie wiem od czego zacząć.
- Od czego tylko chcesz, byle wszystko i prawdę.
- Chyba nie wątpisz w moją szczerość - obruszył się na moje słowa.- Czy ja cię kiedykolwiek okłamałem?
- No...nie. Na pewno nie - przyznałam. - Tego nie mogę ci zarzucić ale mam żal, że nie powiedziałeś mi o swojej sytuacji od razu, tak jak ja to zrobiłam.
- A o czym miałem mówić? - rozłożył ręce. - Myślisz, że dla mnie to taki zaszczyt, być bezrobotnym. Czym tu się chwalić? Pracę mam, tyle że nie na etacie. ZUS opłacam, a właściwie to KRUS, więc emerytura jakaś będzie.
- KRUS? - zdziwiłam się. - Przecież to dla rolników, a co ty masz z rolnictwem wspólnego?
- Kotku, kiedy w 1995 roku rozwiązano nasze biuro projektowe, przez pół roku nie mogłem znaleźć pracy. Nigdzie nie chciano czterdziestopięcioletniego faceta do pracy, kiedy dużo młodsi jej już nie mieli. Zależało mi przede wszystkim na ubezpieczeniu, więc postanowiłem dokupić trochę ziemi do tej co została na wsi po rodzicach i w ten sposób stałem się rolnikiem na papierze.Ziemię dałem w dzierżawę bratu i było wszystko w porządku. W tym czasie jeden z moich dawnych kolegów projektantów założył prywatne biuro i podrzucał mi zlecenia na umowę o dzieło. Potem tak się wciągnąłem w tę robotę, że nie miałem czasu szukać pracy, a nawet już nie chciałem. Pieniądze były lepsze, niż na etacie, a czas nienormowany,więc wszystko było po mojej myśli. Mogłem robić to co umiem i co lubię, nie wychodząc prawie z domu i wysypiać się do woli, bo od dziecka miałem deficyt w spaniu. I tak jest do dzisiaj. Mam odłożoną sporą sumkę na wypadek gdyby zabrakło zleceń, bo do emerytury jeszcze przecież dziesięć lat, więc muszę pilnować tej roboty, brać co dają i oszczędzać. Mam też trochę akcji, lokatę w Pionierze. I to wszystko w sprawie pracy - zakończył.
Przez cały czas gdy to opowiadał starałam się wczuć w jego sytuację. Teraz zrozumiałam, że ciężko mu było przyznać się do takiej porażki. Był mężczyzną i chciał mi imponować, a ponieważ zarabiał pieniądze, więc nie wtajemniczał mnie w szczegóły.
- Kuba - zwróciłam się do niego już łagodnie i niemal z czułością. - To ty wcale nie jesteś bezrobotny. Ty masz pracę, tylko na innych zasadach niż przedtem. Czemu od razu tak mi nie powiedziałeś? Martwiłam się. Nie chodziło mi o pieniądze, bo wiedziałam, że coś robisz i zarabiasz ale o to cholerne ubezpieczenie i emeryturę.
- Ale ja durna jestem! - klepnęłam się w czoło. - Przecież miałam twoją legitymacje ubezpieczeniową w szpitalu tutaj i tam w Lublinie i że nie skojarzyłam tego?
Gdybyś nie był ubezpieczony, to nie miałbyś legitymacji, to proste jak drut - roześmiałam się sama z siebie.
- No tak, legitymacje widziałam ale potem powiedziałeś mi, że jesteś bezrobotny i to mnie zmyliło - konkludowałam. - Oj Kuba, Kuba, co ja mam z tobą. Same zagadki.
- No dobrze - odsapnęłam po napięciu. - A teraz, Jarek. Kto on zacz?
- A niech to mam już z głowy - poderwał się z fotela i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Za chwilę przystanął przy mnie, nalał drinki i podając mi szklankę wyrzucił jednym tchem.
- Jarek by moim synem ale już nie jest.
Teraz ja poderwałam się na równe nogi i patrząc jak na wariata zapytałam.
- Ty się dobrze czujesz Jakubie? Jak to możliwe, że był synem i nie jest i dalej razem pracujecie? Kpisz ze mnie?
- Nie kotku, nie kpię - odparł. - To szczera prawda. O nic się już nie musisz martwić. Nie jest już moim synem.
- Kuba! Litości!? - zawołałam, bo naprawdę myślałam, że on sfiksował. - Gadaj szybko, co to za herezje opowiadasz.
Kuba podszedł i ujął moją twarz w dłonie.
- Kochanie ja mam już dość na dzisiaj. Powiedziałem ci prawie wszystko. Nie nalegaj. Prześpimy się i jutro opowiem ci resztę, bo to bardzo skomplikowana sprawa. Nie mam już siły. Rozumiesz?
Pokiwałam tylko głową, na znak, że rozumiem ale nic już teraz nie rozumiałam.
- Niech tak będzie - powiedziałam zrezygnowana, biorąc się do rozkładania rogówki. - Już świta. Idziemy w takim razie spać.
- Dlaczego tu a nie w sypialni? - zdziwił się.
- Tu kochanie będziesz spał ty, a ja w sypialni - odrzekłam już spokojnie i zaczęłam zbierać ze stołu. - Jesteś przecież zmęczony, wyczerpany rozmową więc lepiej się wyśpij. Ja też mam dość wrażeń na dzisiaj.
Wyszłam zostawiając go z nieciekawą miną. Po chwili wychodząc z łazienki, zaglądnęłam do pokoju, żeby powiedzieć mu, że może się iść kąpać.
Jakub siedział w fotelu paląc papierosa. Spojrzał na mnie i tylko pokiwał głową.
- Dobranoc kochanie - powiedziałam zamykając drzwi. Nie wiem czy usłyszał i czy mi odpowiedział.

ciąg dalszy.....